Część mediów żyje w specyficznej rzeczywistości. Wiadomo, jak się nic nie dzieje, to trzeba rozkręcić jakiegoś szokującego newsa. A jeśli komuś spoza mediów zależy na tym, żeby o czymś się mówiło, to tym łatwiej, bo pada to na podatny, medialny grunt. W atmosferze dramatu lub nadzwyczajnych okoliczności łatwiej można osiągnąć sukces, czyli odpowiedni przekaz medialny.
Pamiętacie Państwo, jak kilka lat temu cukier przekroczył cenę 7 zł za kilogram? Po czym w ciągu kilku tygodniu jego cena spadła poniżej 3 zł, czyli mniej więcej w okolicę sprzed medialnej afery z owym cukrem związanej. A co się wtedy takiego wydarzyło?
Ano mogliśmy przeczytać, że powodzie, pożary i inne plagi dotknęły plantacje cukru w różnych częściach świata. Potem nawet okazało się, że dramatycznie wzrosło spożycie cukru, dokładnie słodyczy, w Chinach. Bo coraz bogatsi Chińczycy mieli się delektować na przykład szwajcarskimi słodyczami, które są synonimem luksusu. Chińczyków jest dużo, więc wzrost sprzedaży w tym kraju w połączeniu z ograniczoną produkcją i wspomniane plagi muszą zaburzyć równowagę i cukier musi podrożeć. W rzeczywistości, nawet jeśli gdzieś była powódź albo gdzieś był pożar, to nie w takim natężeniu, żeby załamać światowy rynek cukru. Ale podkręcane newsy i dodatkowy popyt powodujący wzrost cen, pochodzący w pierwszym okresie „ataku spekulacyjnego” od spekulantów robi swoje, czyli prowadzi do rzeczywistego wzrostu cen. Jeśli spekulant kupi więcej cukru, to jego cena wzrośnie. Widzimy zatem wzrost i w połączeniu z informacjami o plagach i zakupach w Chinach dajemy się nabrać, i kupujemy więcej. Kolejni konsumenci, przestraszeni dotychczasowym wzrostem cen, rzucają się na cukier, a spekulanci zaczynają sprzedawać to, co kupili na początku. Tyle że znacznie drożej. A po kilku tygodniach, najdalej miesiącach, kurz opada, a my zostajemy z dziesiątkami kilogramów cukru kupionych dwa razy drożej niż aktualne ceny w sklepach…
Oczywiście truskawki to inna bajka. Po pierwsze mówimy tu tylko o polskim rynku, nie o światowej produkcji. Po drugie trudno je magazynować, więc trudno oczekiwać kupowania na zapas. Po trzecie pewnie nie mamy na tym rynku jakichś poważnych spekulantów. Choć tak do końca tego pewien nie jestem. Ale pomysł wydaje się podobny. Trzeba zrobić coś, żeby truskawki można było drożej sprzedać. Ile to już razy słyszeliśmy o apokalipsie, która dotknęła polskie zbiory i doprowadzi do rekordowych cen? Oczywiście teoretycznie w tym roku może być inaczej. Ale…
No właśnie. Kilka dni temu w jednym z programów telewizyjnych widziałem ciekawy wywiad. Dziennikarka próbowała udowodnić tezę o tym, że truskawkom ta wiosna nie pomogła w dojrzewaniu. Deszcze przymrozki etc. Rozmawiała o tym z plantatorem. Cały czas mówiła o rekordowo wysokich cenach. A plantator uspokajał, informując, że owszem ceny na razie są wysokie, ale to tylko i wyłącznie efekt opóźnienia wegetacji. O około dwa tygodnie zresztą. Czyli za dwa tygodnie powinno już być wszystko ok. Nie przekonało to specjalnie pani redaktor, która upierała się przy swoim i swojej tezy nie odwołała. Kończąc, że może i będzie taniej, ale jednak to już będą inne, bo późniejsze truskawki.
Oczywiście faktem jest, że obecnie truskawki są drogie. Faktem jest, że rok temu o tej porze były tańsze. Ale faktem jest również to, że wcale nie oznacza to, że w apogeum sezonu ich ceny nie zbliżą się do tego, co obserwowaliśmy rok temu.
Nie dajmy się zwariować. Uważajmy na tego typu medialne afery. Bo część z nich robiona jest tylko po to, żeby trochę więcej zarobić. Na nas….
Najdroższe truskawki w historii
REKLAMA
REKLAMA




















