Dla mnie absolutnie najważniejsze jest to, co się wydarzy w USA, kraj wszedł bowiem właśnie w dziewiąty rok hossy – od 2009 roku średnioroczny wzrost PKB jest powyżej 2%. Mówimy tu o potężnej, bardzo bogatej gospodarce, a nie o kraju, który jest biedny i goni bogatszych. Bezrobocie spadło w tym czasie z 10% do 4,1%. Jeszcze większe wrażenie robi spojrzenie na rynek kapitałowy. W marcu 2009 roku Dow Jones, czyli główny wskaźnik giełdy nowojorskiej, zjechał poniżej 7000 punktów. Kilka dni temu przebiliśmy 25000 punktów. Co więcej, warto przypomnieć, że maksimum sprzed kryzysu 2008 roku osiągnięte w październiku 2007 roku to 14000 punktów. Jesteśmy zatem 80% powyżej szczytu sprzed największego kryzysu, jaki znamy. Dla porównania: polska giełda nawet nie osiągnęła maksimum z października 2007.
Jeśli jest tak dobrze, to rodzi się pytanie: jak długo jeszcze? No i to jest najważniejsze pytanie na 2018 rok, także z punktu widzenia reszty świata. Za kontynuacją dobrego okresu przemawiają między innymi rewolucja łupkowa, dzięki której amerykański przemysł ma najtańszą energię na świecie, czy też obniżenie podatków promowane przez Trumpa. Warto też podkreślić cały czas utrzymującą się wysoką innowacyjność USA. Olbrzymie wyceny spółek technologicznych są poparte przychodami, nie zaś jedynie wiarą w przyszłość. Dotyczy to choćby Apple, największej pod względem kapitalizacji firmy świata, zbliża się ona do 900 miliardów USD, ale także kolejnych pod tym względem gigantów, czyli spółek Alphabet, Microsof i Amazon.
Jednak wszystko musi się kiedyś skończyć. Obecna hossa jest jedną z najdłuższych w powojennej historii USA. Amerykański bank centralny będzie podnosił stopy procentowe, zaczął już także operację zmniejszania płynności w systemie bankowym. Czy to może doprowadzić do hamowania? Może. Choć podobne skutki miało wywołać zakończenie operacji drukowania pieniądza czy rozpoczęcie procesu podwyżek stóp. A nic się nie wydarzyło. Tak naprawdę wystarczy mały zapalnik, który spowoduje silną korektę na giełdzie. A potem przez tzw. efekt bogactwa może za tym pójść wyhamowanie gospodarki. Spadająca wartość aktywów giełdowych może ograniczyć konsumpcję (skoro biedniejemy to mniej kupujemy) i tym samym zmniejszyć wzrost gospodarczy. Tak jak miało to miejsce choćby w 2001 i w 2003 roku.
A inne części świata? Jakichś poważnych kłopotów nie przewiduję, ale nie widzę też powodów do hurraoptymizmu. Chiny chyba najgorsze mają za sobą, choć bańki na rynku nieruchomości z pewnością nie udało się zniwelować. Strefa euro się rozwija, ale wciąż nie wiemy gdzie pójdzie w kwestiach zasadniczych. Do momentu ustabilizowania sytuacji politycznej w Niemczech trudno prorokować, czy dalsze zacieśnianie relacji krajów strefy będzie bardzo intensywne, czy też nie. No i wciąż nie rozwiązano kryzysu związanego z uchodźcami. 2018 przyniesie nam, jak sądzę, szczegóły dotyczące Brexitu. Japonia ma się nieźle, ale Daleki Wschód ma swój problem polityczny, który nazywa się Korea Północna. Oczywiście zaostrzenie sytuacji w tamtym regionie wpłynie w mniejszym czy większym stopniu na cały świat.
No i musimy pamiętać jeszcze o tym, że zawsze może pojawić się coś, czego dzisiaj kompletnie się nie spodziewamy. Tak jak ataku na WTC w Nowym Jorku, kryzysu w 2008 roku, Wiosny Ludów w Afryce północnej w latach 2010‑2011 ze wszystkimi jej konsekwencjami albo awarii elektrowni w Fukushimie. Można w tym kontekście mówić również o zwycięstwie Donalda Trumpa, które też było zaskoczeniem, choć, póki co, żadnego dramatu w świecie ekonomii nie wyrządziło. Dramatu w sensie działań, których się nikt nie spodziewał, a nie w sensie ich wpływu np. na gospodarkę amerykańską. Bo zwolennicy Trumpa uważają, że na przykład wypowiedzenie traktatów o wolnym handlu wcale nie byłoby złe dla USA. Ja tego zdania nie podzielam, ale to już zupełnie inna kwestia.
Tak czy inaczej, czy nam się to podoba, czy nie, to, co się dzieje na świecie, musimy obserwować. Bo, co dobitnie pokazał rok 2009 i 2013, nie jesteśmy zawieszeni w próżni.
Świat w roku 2018
REKLAMA
REKLAMA




















