Główny Urząd Statystyczny podał dane dotyczące bezrobocia w marcu. Spadło ono do poziomu 5,4% z 5,5% w lutym. A przecież marzec to pierwszy miesiąc, w którym efekty koronawirusa powinny już być widoczne. Czy zatem nie będzie tak źle?
Koronawirus dotarł do nas na początku marca. Wcześniej jego wpływ na polską gospodarkę był raczej pośredni i ograniczony. Już jakiś efekt widzieliśmy, choćby w kwestii podróży lotniczych, czy też turystyki, ale jednak tąpnięcia nie było jeszcze absolutnie czuć. Sprawy toczyły się jednak bardzo szybko. W ciągu kilku dosłownie dni rząd podjął decyzję o zamrożeniu części gospodarki. W efekcie doprowadziło to do dramatycznego spadku, wręcz często wyzerowania, przychodów wielu firm. A zdecydowana większość polskich przedsiębiorstw, oczywiście nawet tych, które nie działają w branżach zamrożonych, odczuła wyraźne pogorszenie. Nigdy nie widzieliśmy tak szybkich zmian. Nigdy z dnia na dzień tak duża część gospodarki nie zastygła.
Część przedsiębiorców zaczęła od razu myśleć o obniżaniu kosztów. A istotna ich część to koszty pracy. Zaczęły się zatem zwolnienia. Pewnie często zbyt pochopne, być może zbyt nerwowe. Mieliśmy oczywiście także głosy wielu przedsiębiorców, którzy mówili o tym, żeby nie zwalniać, że pracownicy to wartość, że teraz nadszedł czas dołożenia z tego, co się wcześniej wypracowało. Ale nie zmienia to faktu, że w wielu przypadkach nie bardzo było z czego dokładać, albo perspektywa wydała się zbyt dramatyczna. Tym bardziej, że rząd spóźniał się z przedstawieniem jakiegokolwiek planu pomocy. Mogę o tym dzisiaj pisać, bo wtedy nawoływałem do przedstawienia go jak najszybciej. Myślę, że wiele miejsc pracy w tym pierwszym etapie można było uratować, gdyby przedsiębiorcy szybciej dowiedzieli się, na co mogą liczyć. Dzisiaj zresztą wciąż jest z tym problem, bo teoretycznie już wiedzą, ale środków, choćby z tych stu miliardów złotych „Tarczy finansowej”, wciąż nie ma.
Tak czy inaczej, zwolnienia zaczęły się już w marcu. No dobrze, ale dlaczego nie widzimy ich w oficjalnych danych? GUS poinformował właśnie, że bezrobocie w marcu spadło o jedną dziesiątą punktu procentowego, do 5,4%. Spadło, a nie wzrosło! Dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie jest kilka. Po pierwsze, jeśli ktoś został zwolniony na przykład pod koniec marca, to w marcu był jeszcze zatrudniony. Czyli nie zasilił szeregu bezrobotnych. Ten efekt zobaczymy dopiero w kwietniu. W dodatku, jeśli ktoś miał na przykład miesięczny termin wypowiedzenia, to będzie formalnie zatrudniony nawet jeszcze w kwietniu. Czyli efekty działań podjętych na początku kryzysu będą się pokazywały przez kilka miesięcy. Po drugie, co prawda zwolnienia się zaczęły, ale z pewnością trudno jeszcze było mówić o zwolnieniach powszechnych. Minęło jednak zbyt mało czasu nowej rzeczywistości. Analizowano sytuację, dokonywano obliczeń, szukano możliwości. I po trzecie, normalnie w marcu powinniśmy zobaczyć większy spadek, bo to na przykład początek prac w rolnictwie, czyli efekt sezonowy.
Pytanie podstawowe brzmi jednak: co dalej? Dzięki uprzejmości TVN BIS kilka dni temu uzyskałem dane z powiatowych urzędów pracy na dzień 15 kwietnia. No i tu już widać znacznie mocniejszy efekt i to pomimo tego, że na początku kwietnia plan rządowych dopłat do wynagrodzeń był już znany. W dodatku działał już także program „postojowego”. Jeśli ktoś prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą i nagle załamały mu się przychody, to z pewnością lepiej dostać dwa tysiące złotych postojowego, niż być bezrobotnym z zasiłkiem wynoszącym mniej niż połowę tej kwoty. To potwierdza tylko tezę, którą postawiłem przed chwilą, że prawdziwy obraz problemów poznamy dopiero pod koniec lata, kiedy zakończą się zapewne programy bezpośredniego wsparcia zatrudnienia i skończą się wszystkie okresy wypowiedzenia. Ale już dane z 15 kwietnia wskazują na to, że prawdopodobnie kwietniowe bezrobocie wzrośnie do około 8%. Pomimo, jeszcze raz to podkreślę, rozpoczęcia sezonu prac polowych i budowlanych. Dwucyfrowy wskaźnik w tym roku jest w takiej sytuacji, niestety, niemal pewny. Choć pamiętajmy, że trudno dzisiaj mówić o konkretach, skoro nie wiemy, kiedy zakończy się odmrożenie gospodarki, ile środków realnie uda się przedsiębiorstwom pozyskać z rządowych pakietów i jak będzie wyglądała sytuacja w innych krajach, co w oczywisty sposób wpłynie na nasz eksport. No i co się stanie z pracownikami zza wschodniej granicy, czy będą chcieli i mogli wrócić. I to wszystko będzie kluczem do odpowiedzi na pytanie, czy rok skończymy wynikiem jednocyfrowym. Ale nawet jeśli, to i tak będzie oznaczało to jakościową zmianę na rynku pracy. O pracę będzie generalnie trudniej, a wzrost wynagrodzeń spowolni. Jeśli w ogóle będzie. O planie gwałtownego podwyższania płacy minimalnej możemy już raczej zapomnieć.




















