4 czerwca 1989 – Wielki Dzień

0
Stefan Niesiołowski
REKLAMA

Tak jak władzom PRL-u nie udało się wymazać ze świadomości Polaków cudu wskrzeszenia Polski 11 listopada 1918 roku i w końcu ostatnie rządy Polski Ludowej organizowały festiwale piosenki legionowej oraz uroczyste obchody rocznicy powrotu Piłsudskiego z Magdeburga. Tak nadejdzie dzień, gdy wrócimy do uroczystych i radosnych obchodów 4 czerwca, jako symbolu odrodzenia demokracji w drodze wewnętrznego porozumienia, symbolu patriotyzmu, politycznego rozsądku, tolerancji i wyciągnięcia wniosków z tragicznej historii. 11 listopada i 4 czerwca to dwie – moim zdaniem – najważniejsze i najradośniejsze wydarzenia w XX wieku, w kraju, gdzie ostatnią wygraną bitwą była bitwa pod Wiedniem (1683), a potem dopiero cud nad Wisłą (1920). W kraju, w którym przez 300 lat stacjonowały obce wojska i który doświadczył okrutnego ludobójstwa ze strony zorganizowanych ideologii nazizmu i komunizmu.
Dziś dzień 4 czerwca jest symbolem zwycięstwa i nadziei na odbudowanie demokracji, na odzyskanie tego wszystkiego, co nasz kraj utracił w ciągu ostatnich czterech lat. Jest jedna zasadnicza różnica obok oczywiście wielu – moim zdaniem – drugorzędnych. Żadna obca siła, żaden czynnik zewnętrzny nie gwarantuje niedemokratycznych rządów. Są one rodzimego chowu, a mogą być przerwane decyzją większości. Ciągle decydujące znaczenie ma kartka wyborcza, a w Polsce Ludowej to było marzenie. Znamy, co prawda, reżimy, dyktatury (Korea Północna, Kambodża, wcześniej Hiszpania, Portugalia, Grecja), które sprawują władzę bez pomocy obcych wojsk (co było istotą PRL i demoludów), ale możliwe to jest w warunkach terroru, który dziś w Unii Europejskiej i w Polsce wydaje się niemożliwy. Jednak każdy sukces przeciwników wolności i demokracji w Polsce, czyni drogę do wolności trudniejszą i dłuższą. Trudno zrozumieć, dlaczego mniej więcej połowa Polaków rezygnuje z udziału w wyborach i najkrótszej drogi do odzyskania utraconej demokracji i gwarancji gospodarczego rozwoju, sprawiedliwości i poszanowania godności. Ale nic nie da obrażanie się na populistów i nacjonalistów, trzeba im cierpliwie tłumaczyć, że populizm i puste obietnice to droga do nędzy (model grecki i Wenezuela), a nacjonalizm to droga do wojny gorącej albo zimnej domowej.
W Gdańsku i wielu innych miastach odbyły się uroczystości poświęcone wyborom 4 czerwca i całemu procesowi odbudowania demokratycznej Polski. Były to trudne dni dla rządzących, pragnących je przeczekać. W końcu z grubsza się udało, chociaż nic nie pomogła dziwaczna operacja pod nazwą rekonstrukcja rządu z udziałem ludzi z pewnością wybitnych. Wchodzimy w okres rozstrzygającej kampanii wyborczej, w której zadecydują się losy Polski na kilka lat. Nic oczywiście nie jest na zawsze, a przekupywanie wyborców już się kończy w obliczu nadciągającego kryzysu i drożyzny, za którą idzie inflacja. Bardzo trudno odpowiedzieć na pytanie, co jeszcze mogą zrobić ludzie rządzący Polską, ale nie sadzę, by odnieśli jakiś większy sukces, bo pole manewru powoli się kurczy. Czy i tym razem, jak w 1989, Senat będzie nasz, a Sejm ich? To byłoby piękne i symboliczne. Władza czuje się niezwykle pewnie, a aroganckie zachowania p. Morawieckiego mają wymiar symboliczny.
Polacy generalnie nie lubią pychy i arogancji, i jak pisał Baczyński:
„Lecz kręci się niebiosów zegar
i czas o tarczę mieczem bije,
i wstrząśniesz się z poblaskiem nieba,
posłuchasz serca: serce żyje”.
W obozie internowanych w naszych niekończących się dyskusjach wielki Janusz Szpotański powtarzał – ja wierzę w Chronosa. Ja też.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze