„Pocałunek śmierci” dla kota

0
„Pocałunek śmierci” dla kota
REKLAMA

Kot pana Ryszarda nagle stał się osowiały, obolały, stracił apetyt. Najgorsze nastąpiło potem. Zwierzę zaczęło wymiotować, do tego doszła jeszcze obfita wodnista biegunka. Stan jego zaczął się gwałtownie pogarszać. Pan Ryszard pojechał z kotem do jednej z lecznic weterynaryjnych w Tarnowie. Wdrożone zostało leczenie, które jednak okazało się nieskuteczne. Kot wkrótce zdechł. Jego właściciel podejrzewa, że zwierzę mogło nabawić się śmiertelnej choroby… w lecznicy, do której zwrócił się o pomoc. Nieco wcześniej odwiedził ją tam ze zdrowym jeszcze kotem, aby go tylko zaszczepić.

– Paradoks polega na tym, że kot zdechł z powodu choroby, przed którą chciałem go uchronić dzięki szczepionce, po jaką się zgłosiłem wraz ze zwierzęciem u weterynarza – opowiada pan Ryszard. – Ta choroba to panleukopenia.
O chorobie pisze choćby lek. wet. Marek Celiński: Wywoływana jest przez parwowirusy. Przenosi się najczęściej z kota na kota, niestety, nawet koty nigdzie niewychodzące nie są bezpieczne, gdyż mogą zarazić się poprzez skażone przedmioty i obuwie właściciela lub chociażby w lecznicy weterynaryjnej (bardzo częste miejsce zakażeń kotów niewychodzących). Jest to choroba wysoce zakaźna, wirusy ją wywołujące mogą przetrwać poza organizmem kota nawet rok, a przenoszą się bardzo łatwo (…).

Serdeczny fartuch

Leczenie jest trudne, długotrwałe i nie zawsze skuteczne. Śmiertelność wśród młodych kotów pozostawionych bez pomocy weterynaryjnej może sięgać nawet 100 procent.
– W lecznicy, w której się znaleźliśmy, zaskoczyła mnie pewna sytuacja – mówi pan Ryszard. – Pracuje tam dwóch lekarzy i jeden z nich wziął naszego kota na ręce, serdecznie go przytulił do swego fartucha. To był rodzaj powitania, nie badanie. Można było odnieść pozytywne wrażenie, świadczące o bardzo przyjaznym stosunku lekarza do zwierząt, ale mnie nasunęły się wątpliwości, zwłaszcza już po wizycie, gdy zacząłem czytać o chorobie kota. Taka serdeczność, okazana na powitanie, w pewnych okolicznościach może być dla kolejnego zdrowego zwierzaka „pocałunkiem śmierci”.
Przed wykonaniem miłego gestu lekarz był poinformowany przez właściciela o objawach, które ma jego kot. Objawy były bardzo poważne. Zwierzę chore na panleukopenię (zwaną także kocim tyfusem) ze względu na silną krwistą biegunkę jest zanieczyszczone.
– Dlatego zdziwiło mnie, że pan doktor przytula naszego kota z widoczną mokrą sierścią do fartucha, mimo że mógł przypuszczać, co mu jest. To przecież powoduje zagrożenie rozprzestrzeniania się bardzo zakaźnych wirusów, zawsze w takich przypadkach należy zachować daleko idącą ostrożność.

Zbieg okoliczności?

W tej całej historii zastanawiające jest jeszcze coś innego. W lecznicy pan Ryszard przypadkowo spotkał znajomą osobę. Przyszła z chorym kotem.
– Mówię do niej, żeby stąd wyszła, bo mój kot ma bardzo zakaźną chorobę, a ona na to, że jej zwierzak od niedawna też ma podobne objawy, jest tutaj leczony, ale nie pamiętała nazwy choroby.
Okazało się, że to również panleukopenia.
Właścicielka tego kota, do której dotarliśmy, opowiedziała nam, że lecznicę, do jakiej trafił ze swoim ulubieńcem pan Ryszard, najpierw odwiedziła z powodu konieczności przeprowadzenia u zwierzęcia drobnego zabiegu.
Po ponad tygodniu kotek zaczął wymiotować i słabnąć. Znowu wizyta, w tej samej lecznicy. Diagnoza była szybka: panleukopenia. Kot otrzymał kroplówkę, był leczony surowicą. Wydawało się, że zwierzę zostanie uratowane. Kiedy oddawaliśmy materiał do druku, jego stan się pogorszył. Koszt leczenia może wynieść około 1 tys. zł.
– To dość dziwny zbieg okoliczności – twierdzi pan Ryszard. – Jeśli dwa koty, leczone w tej samej lecznicy chorują wkrótce potem, jeden po drugim, na tę samą zakaźną chorobę, daje to do myślenia.

REKLAMA (2)

To tylko poszlaki

Pan Ryszard zastanawia się, czy jego kot, a może i kot jego znajomej, został zarażony we wspomnianej placówce. Jego zdaniem, mogłoby się to stać z powodu poważnych zaniedbań, bo raczej trudno byłoby uwierzyć, że mamy do czynienia z umyślnym działaniem mającym na celu zwiększenie dochodów placówki.
Nasz rozmówca dodaje, że pewne poszlaki wskazywałyby na zasadność niektórych przypuszczeń, ale ponieważ nie dysponuje dowodami, nie chce publicznie kierować pod adresem lecznicy weterynaryjnej oskarżeń. Zdaje sobie sprawę z tego, że ustalenie, gdzie i w jakich okolicznościach dane zwierzę zostało zakażone jest bardzo trudne. Nie można też wykluczyć, że choroba wzięła się z całkiem innego źródła, lecz poważne wątpliwości, trudne do rozwiania, ciągle pozostają. W ostatnich dniach pan Ryszard odnalazł w internecie zdjęcia innych kotów, które chorowały na panleukopenię i były leczone tam, gdzie jego ulubieniec. Na jednej z fotografii jest pomieszczenie, w którym badany był jego kot, na innej opiekujący się nim lekarz weterynarii.
– Nie chcę nikogo oskarżać, gdyż nie byłbym w stanie tych oskarżeń potwierdzić. To są bardzo skomplikowane sprawy, trudne do udokumentowania. Ale mam wątpliwości, z którymi chcę się podzielić. Opowiadam o tym wszystkim głównie dlatego, żeby właściciele kotów wiedzieli o problemie, zwracali baczniejszą uwagę, gdzie i do kogo udają się po pomoc ze swymi zwierzętami, jak zachowuje się personel, czy przestrzega on pewnych procedur – zaznacza pan Ryszard.
Lekarz weterynarii, który chce zachować anonimowość, mówi, że kiedy w lecznicy pojawia się podejrzenie, że kot ma panleukopenię, natychmiast trzeba podjąć szczególne środki ostrożności. Najlepiej, żeby dla tego rodzaju pacjentów mieć osobne pomieszczenie, a już na pewno osobny stół. Potem konieczne jest odkażanie miejsc, w których pojawiło się chore zwierzę; odkażanie może być dość absorbujące, wymaga specjalnych środków i sprzętu.

REKLAMA (3)

Niebezpieczna wylewność

Wirus „kociego tyfusu” nie jest groźny dla człowieka. Jeśli ktoś bierze na ręce chore zwierzę i je głaszcze, nie zachoruje.
Pewien tarnowski lekarz weterynarii z długim stażem zawodowym: – Nie wierzę, żeby ktoś celowo zakażał zwierzęta, by potem dla zysku je leczyć. Nigdy nie słyszałem o takim przypadku. Bez wątpienia jednak zupełnie inaczej trzeba traktować te zwierzaki, co do których zachodzi podejrzenie, że mogą rozsiać chorobę w obrębie tego samego lub także innych gatunków, koniecznie należy je rozdzielić w stosunku do pozostałych. Trzeba bardzo uważać, gdyż wszelkie wydzieliny mogą zostać przeniesione na inne zwierzęta i kłopot gotowy. Dlatego okazywanie przez personel wyjątkowej wylewności w stosunku do swoich pacjentów, czy to z powodu takich upodobań, czy z chęci przypodobania się właścicielom zwierząt, nie jest, moim zdaniem, wskazane. Jeżeli ktoś przytula zwierzę do siebie, to, rzecz jasna, powinien potem szybko zmienić fartuch na świeży. Są standardy postępowania, od których nigdy nie powinno się odchodzić.

PS Imię właściciela kota zostało w tekście zmienione

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze