Na tym tle wybory do Parlamentu Europejskiego wydawały się mieć raczej drugorzędne znacznie, co najwyżej chodziło o skomplikowane i mało czytelne procedury europejskie, ewentualnie o przydział unijnych pieniędzy dla Polski, co dla znacznej części mieszkańców naszego kraju ma dość abstrakcyjny wymiar. Tym razem jest jednak inaczej.
W efekcie agresywnej polityki prezydenta Putina i czytelnych sygnałów, że Rosja będzie dążyć do odbudowania mocarstwowej pozycji, co może się dokonać poprzez odzyskanie utraconych obszarów i wpływów (to prezydent Putin był uprzejmy zauważyć, że największą tragedią XX wieku był rozpad Związku Sowieckiego – my możemy jedynie dodać, że nie dla Polski), mamy najpoważniejszy po 1989 roku kryzys polityczny w Europie Wschodniej. Polityka polska, polegająca na wykorzystaniu powstałych na początku lat dziewięćdziesiątych możliwości i pomyślnej koniunktury geopolitycznej, doprowadziła do tego, że jesteśmy dziś demokratycznym, stabilnym i dynamicznie rozwijającym się krajem, uczestnikiem sojuszu NATO i Unii Europejskiej. Nie jesteśmy postrzegani jako nieobliczalny i pełen kompleksów antyrosyjski harcownik podejmujący np. lekkomyślne i nieprzemyślane wyprawy do Gruzji, połączone z zapewnieniami, że będziemy „walczyć”. Siła Polski dziś, w obliczu rosyjskich działań na Ukrainie, obok oczywiście własnego potencjału ekonomicznego i obronnego, to siła Unii i determinacja NATO.
Z tej perspektywy widać, jak krótkowzroczne i groźne były działania polityków przeciwnych członkostwu naszego kraju w Unii Europejskiej, takich jak Lepper, Rydzyk, Łopuszański, Jackowski itp., tak samo jak groźny był i pozostał tzw. eurosceptycyzm PiS i przyległości. Oznacza bowiem rezerwę i niechęć jeśli nie do samej Unii (chociaż całkowicie bezkarne wypowiedzi polityków PiS o „unijnej szmacie” świadczą raczej o wrogości i nienawiści) to z pewnością do procesów dalszej integracji i wzmacniania unijnych instytucji. Gdyby nie silna i gotowa do wspólnego działania Unia, której jesteśmy ważnym uczestnikiem, stalibyśmy dziś oko w oko z Władimirem Władimirowiczem, będąc mniej więcej w takim położeniu jak prezydent Łukaszenko.
W tych wyborach, obok odrzucenia całej antyeuropejskiej polityki i retoryki jako szkodliwej i niebezpiecznej, chodzi o dalsze umocnienie samej Unii i pozycji Polski w Unii. Leży to w najgłębszym i najlepiej rozumianym narodowym interesie. Dziś i w dającej się przewidzieć przyszłości nie powstanie żadna inna struktura europejska. Zniszczenie Unii, a nawet jej osłabienie i obezwładnienie, oznacza w pierwszym rzędzie osłabienie Polski, bo staniemy się wówczas „bliską zagranicą”.
Znaczenie tych wyborów polega na tym, aby nasz kraj reprezentowali nie specjaliści od „unijnej szmaty”, „kondominium rosyjsko‑niemieckiego” i konstatacji, że „Rosja nam wypowiedziała wojnę”, ale odpowiedzialni politycy zdolni do budowania pozycji Polski jako poważnego partnera budzącego uznanie i szacunek, znającego się na politycznych problemach regionu, wolnego od kompleksów i mocarstwowych operetkowych gestów i pogróżek.
Ponadto Unii, tak jak całej Europie, zagraża nacjonalizm. Mamy do czynienia z wojowniczym i dążącym do budowy własnego państwa nacjonalizmem baskijskim, katalońskim, szkockim, odrębnym problemem jest nacjonalizm ukraiński, w przeszłości skierowany przeciwko Polsce. Pomniki i podobizny Stepana Bandery źle wróżą ukraińskiej demokracji, tejże nie można bowiem budować w oparciu o symbole zbrodniczych organizacji i ich przywódców.
Na gruzach Unii może powstać tylko Europa skierowanych przeciwko sobie nacjonalizmów – to już przerabialiśmy w przeszłości ze znanymi skutkami. I dlatego w tych wyborach chodzi także o to, aby reprezentacja różnego typu kiboli i nacjonalistów była jak najmniejsza, a najlepiej, aby nie było jej wcale. To jest także moralny i polityczny wymiar tych tak ważnych dla Polski i dla Europy wyborów.
Znaczenie europejskich wyborów
REKLAMA
REKLAMA




















