Kampania wyborcza wyraźnie się rozkręca i zaostrza. I będzie się rozkręcała i zaostrzała jeszcze bardziej, bo badania opinii publicznej wskazują na bardzo wyrównaną walkę. Wiele rzeczy zatem jeszcze usłyszymy. Ale już możemy się spotkać z bardzo ciekawymi sformułowaniami.
„Jarosław Kaczyński wyciągnął Polskę z dziadostwa” – takie zdanie mogliśmy usłyszeć kilka dni temu z ust Mateusza Morawieckiego. I dalej, że za rządów PiS trwa „rewolucja godności”. Morawiecki odniósł się do różnych aspektów życia, ale ważnym elementem były kwestie bytowe, kwestie sytuacji ekonomicznej szczególnie tych, którzy w czasie rządów poprzedniej koalicji nie mieli szczególnie dobrze. Nie chcę tutaj teoretyzować na temat tego, co oznacza „godność”, czy „poczucie godności” i czy faktycznie możemy mówić o poprawie choćby w kontekście zmian w systemie prawnym. W końcu sam Morawiecki przyznał, że akurat ta reforma się nie udała. Miał to być prztyczek w nos zadany ministrowi sprawiedliwości, ale fakt jest faktem, że takie słowa padły. Odnieśmy się zatem jedynie do kwestii bytowych.
Trudno zaprzeczyć, że rzeczywiście sytuacja wielu rodzin mocno się poprawiła podczas rządów PiS. Trzeba jednak zadać sobie pytanie, ile w tej poprawie wynika z działań rządzących i czy te działania nie były jednak nieco zbyt odważne, biorąc pod uwagę ogólną sytuację? Moim zdaniem poprawa sytuacji, szczególnie w tej grupie osób, które miały najniższe dochody, wynikła przede wszystkim z dwóch elementów. Po pierwsze z koniunktury w gospodarce. Możemy oczywiście dyskutować, w jakiej mierze do tej koniunktury przyczynili się rządzący, ale trudno będzie wykazać, że w jakiś istotny sposób. Oczywiście, na przykład programy wsparcia, jak choćby 500+, zwiększały konsumpcję, a ta przyspieszała wzrost gospodarczy, ale jakbyśmy nie liczyli, nie to było kluczowe.
Świetną koniunkturę obserwowaliśmy zresztą nie tylko w Polsce. I nie byliśmy wcale liderem wzrostu, nawet w naszej części Europy. Od stycznia 2014 roku do stycznia 2019 roku nie było ani jednego miesiąca, w którym gospodarka nie tworzyłaby netto miejsc pracy. Podobna sytuacja była w innych krajach naszego regionu. Więcej pracy to lepsza sytuacja rodzin i przy brakach na rynku zatrudnienia większy nacisk na wzrost wynagrodzeń. Ten wzrost był dodatkowo wymuszany przez rządzących mocniejszymi zmianami płacy minimalnej. Ale z kolei prowadziło to także do zwiększenia napięć inflacyjnych. To był koszt takiej polityki. Tak czy inaczej, PiS miał szczęście i trafił na koniunkturę. To przede wszystkim procesy z zewnątrz poprawiały sytuację, jeśli chodzi o ilość pracy i wynagrodzenia.
Ale PiS rozumiał jedną rzecz: jeśli pojawia się koniunktura, to owocami wzrostu trzeba się z narodem dzielić. Tak swoją drogą, ja się z tym podejściem co do zasady absolutnie zgadzam. Więc PiS się dzielił. To był zresztą błąd poprzedników. Owszem, PO i PSL rządziły w czasach dwóch potężnych kryzysów, ale w 2014 roku koniunktura wróciła. I najpóźniej w 2015 można było trochę się tą koniunkturą ze społeczeństwem podzielić. Dominowało jednak podejście, że to wciąż za wcześnie. A przypomnijmy, że w roku 2015 PKB urosło już o ponad 4%.
Tyle tylko, że PiS poszedł z tym dzieleniem się bardzo daleko. Gdyby ograniczył się tylko do finansowania swoich pomysłów zwiększeniem ściągalności podatków – tu rządzący mają ewidentny sukces – i wzrostem gospodarczym, to pół biedy. Chociaż w przypadku wzrostu gospodarczego zawsze trzeba mieć z tyłu głowy, że on się może kiedyś skończyć. I pytanie, co wtedy zrobić, a pamiętajmy, że społeczeństwo nie lubi, jak się mu coś zabiera. Oczywiście zawsze pojawia się pytanie, czy nie lepiej efekty wzrostu przeznaczać na inwestycje? A jeśli nie w całości, to w jakiej proporcji? Tu zawsze można dyskutować, bo 500+ w jakiejś mierze jest rzeczywiście inwestycją, choćby wtedy, gdy środki tak otrzymane rodzice wydają na przykład na dodatkowe kształcenie swoich pociech. Ale niestety PiS finansował swoje programy także długiem. Cały czas, mimo świetnej koniunktury i relatywnego zwiększania ściągalności podatków, zadłużaliśmy się. I zadłużamy się w dalszym ciągu. Owszem, nasz dług w stosunku do PKB ostatnio zmalał, tłumaczyłem parę tygodni temu dlaczego, ale to nie znaczy, że sytuacja jest w pełni pod kontrolą. Choćby dlatego, że na powrót do wzrostu PKB na poziomie powyżej 5% na razie raczej nie mamy co liczyć.
Poprawa sytuacji polskich rodzin rzeczywiście się dokonała. W dużej mierze nie wynika to jednak z działania rządzących. A w tym obszarze, w którym wynika, moim zdaniem poszliśmy jednak trochę za daleko. I prędzej czy później będzie trzeba coś z tym zrobić. Choć z pewnością pomysły na to „porządkowanie” będą inne, w zależności od tego, kto wygra najbliższe wybory.




















