Wsłuchując się w niektóre dyskusje dotyczące zmian w światowej motoryzacji można byłoby dojść do wniosku, że wykorzystanie prądu do napędu samochodów to nowatorski pomysł przełomu dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku. Nic bardziej mylnego.
Z wielką ciekawością obserwuję to, co w ostatnich latach dzieje się w światowej motoryzacji. Niektórzy ogłosili już koniec napędu spalinowego i rzeczywiście wiele wskazuje na to, że w perspektywie kolejnych kilkudziesięciu i to raczej trzydziestu niż pięćdziesięciu lat, tak właśnie będzie. Choć może być też zupełnie inaczej, potrafię sobie wyobrazić opracowanie superczystej technologii spalania np. benzyny, która cały proces wyraźnie opóźni. Oczywiście dyskutuje się także o tym, czy samochody na prąd są rzeczywiście takie ekologiczne, jak się niektórym wydaje. I mam tu na myśli zarówno auta bateryjne, jak i na przykład posługujące się ogniwem paliwowym, czyli korzystające z wodoru. Samo poruszanie się takim autem jest rzeczywiście zeroemisyjne. Ale prąd trzeba jakoś wytworzyć. I nie chodzi tu tylko o nasz kraj, w którym wciąż prawie 80% prądu pochodzi z węgla. Teza o tym, że np. elektrownie atomowe są ekologiczne, jest przynajmniej do dyskusji. I to nawet takie o bardzo wysokim reżimie bezpieczeństwa. Trzeba także jakoś wyprodukować sam system napędowy na czele z bateriami. Najpopularniejszych obecnie baterii litowo – jonowych nie potrafimy efektywnie utylizować. Co prawda podważa się dane o tym, że tylko 5% tego typu ogniw poddaje się recyklingowi, w rzeczywistości faktycznie jest to większy odsetek, ale i tak z pewnością stanowi to wciąż problem. Z kolei w przypadku ogniw paliwowych wodór, który jest pierwotnym paliwem służącym w nich do produkcji prądu, trzeba jakoś wytworzyć. Co też wcale nie musi, delikatnie mówiąc, być ekologiczne. Ciekaw zatem jestem, jak to wszystko się potoczy. Z pewnością przyspieszenie, które obserwujemy w ostatnich pięciu latach jest mocno związane z aferą dieselgate, której sprawcą był niemiecki VW. Ten koncern staje się liderem, jeśli chodzi o wydatki na elektromobilność. Tylko w latach 2010 – 2024 przygotował on w tym obszarze programy o wartości 33 mld euro.
Fascynujące w tym wszystkim jest jednak jeszcze coś innego. Oto bowiem w powszechnym przekonaniu to właśnie teraz następuje rewolucja i wysyp koncepcji wykorzystania prądu w motoryzacji. Tymczasem nic bardziej mylnego. Od początku przygody człowieka z samochodem napęd prądowy stanowił istotny kierunek badań i rozwoju.
Pierwsze elektryczne „samochody” pojawiły się w latach trzydziestych… dziewiętnastego wieku. Mam tutaj na myśli elektryczne powozy. Energię czerpano najpierw z tzw. ogniwa Volty. Największym problemem było oczywiście jej magazynowanie. Stąd ważnym krokiem w dalszym rozwoju elektromobilności było wynalezienie akumulatora kwasowo – ołowiowego, co nastąpiło w 1859 roku. Równie istotnym z punktu widzenia efektywności wynalazkiem był silnik na prąd stały, który pojawił się w roku 1871. Obie te rzeczy pozwoliły szerzej zastosować prąd do napędu pojazdów. Czy wiecie Państwo, że pierwszym samochodem, który przekroczył prędkość 100 km/h był właśnie samochód na baterie? Stało się to w roku 1899, a dokonał tego francuski La Jamais Contente. Na początku dwudziestego wieku po Nowym Jorku jeździło 2 tysiące elektrycznych taksówek. Już wtedy stosowano zresztą wymianę pakietów akumulatorów. Tak, już wtedy. To także nie jest żaden pomysł naszych czasów.
Nawet jeden z najważniejszych, może najważniejszy inżynier w dziejach, czyli Ferdinand Porsche także zaczynał od elektryków. Pierwsze dwa zaprojektowane przez niego pojazdy były bowiem na prąd. Szczególnie ważnym projektem był Lohner Porsche – pierwsze w dziejach auto z napędem na cztery koła. Co się zatem stało, że ta gałąź motoryzacji ugrzęzła na sto lat?
Zadecydowało o tym kilka czynników. Po pierwsze cena, to jest zresztą problem do dzisiaj. Dotyczy on przede wszystkim technologii magazynowania energii. Po drugie, oczywiście ograniczenie zasięgu. Rozwój wydobycia paliw kopalnianych, spadek ich ceny, łatwość tankowania oznaczały po prostu, że elektryki wydawały się zbyt kosztowną, kłopotliwą i nieefektywną zabawką. Ekologią wtedy nikt się specjalnie nie przyjmował. Zresztą prąd produkowano też w mało ekologiczny sposób.
A zatem „wszystko już było” – można by powiedzieć. Pomysł nie jest nowy. Choć oczywiście dzisiaj wiele rzeczy się zmieniło. Magazynowanie energii elektrycznej, albo czystych paliw do jej produkcji, czyli wodoru, idzie nam znacznie lepiej. Potrafimy także bardziej ekologicznie produkować prąd. Choć z pewnością kwestia odpowiedniego PR i marketingu również ma znaczenie. A jak my, Polacy, się w tym wszystkim odnajdziemy? Milion samochodów elektrycznych to wciąż mrzonka, podobnie jak realne programy wsparcia przy zakupie elektryków. Tzw. „polski samochód elektryczny” został zaprojektowany, to nie żart, przez Niemców. Czy będzie w miarę szybko produkowany na dużą skalę? I czy ktoś będzie go chciał kupić? Wciąż jestem sceptyczny w tej kwestii. Na razie staliśmy się najważniejszym miejscem produkcji baterii w Europie. Ale to nie dzięki rządowym programom, tylko inwestorom zagranicznym. Głównie z Korei.



















