Ostatnie tygodnie przyniosły wyraźny wzrost wartości polskiej waluty. Jeśli nic złego się nie wydarzy, wakacje powinny być pod tym względem spokojne.
4,44 złotego za euro i 4,06 za USD. To poziomy, które obserwuję pisząc te słowa. Złoty wyraźnie zyskał na wartości. Choć jeszcze raz podkreślam – pisałem o tym kilka tygodni temu – nie oznacza to jakiejś wielkiej siły. Już nie chodzi o to, że w 2008 roku euro kosztowało 3,28 PLN, a USD w tym samym czasie 1,88 PLN. Patrząc na ostatnie lata, nie licząc oczywiście zawieruchy wojennej, 4,40 za euro to nie był nawet średni kurs. Ten średni to było 4,30 i wahaliśmy się o 20 groszy w górę i w dół. Dopiero pandemia wybiła nas zdecydowanie poza górne ograniczenie tego przedziału. W przypadku dolara byliśmy w okolicach 3,60‒3,70, sporadycznie wybijając się powyżej 4 złotych. A zatem złoty wcale nie jest specjalnie silny, choć oczywiście jest zdecydowanie silniejszy niż parę miesięcy temu.
Czemu złoty zyskuje? Czynników jest wiele. Po pierwsze, wśród inwestorów wzrosły nadzieje na zakończenie wojny za naszą wschodnią granicą związane z kontrofensywą Ukraińską. Panuje przekonanie, że się ona powiedzie, choć specjaliści każą zachować co najwyżej umiarkowany optymizm. Ale rynki żyją w przekonaniu, że rozpoczęcie działań po dozbrojeniu Ukrainy to początek końca wojny. A na pewno odsunięcie jej od Polski. A zatem złoty zyskuje. Po drugie, od kilku miesięcy euro odrabia straty do USD. Gospodarka strefy przetrwała zimę i problem nośników energii. No i także oddziałuje kwestia stóp procentowych. Co prawda w USA są wyższe, ale rynek uważa, że tam szybciej zaczną się obniżki niż w strefie euro, która w cyklu podwyżek jest na wcześniejszym etapie. Umacniające się euro pociągnęło PLN. Po trzecie, stopy w Polsce także są relatywnie wysokie, co przyciąga inwestorów. A rentowność obligacji wciąż jest wyraźnie wyższa, niż np. w Czechach. Czyli w Polsce więcej się na nich zarabia. Choć same stopy w Czechach są wyższe. No, ale polska gospodarka rozwija się obecnie szybciej niż czeska, co też zachęca do kupowania aktywów. Generalnie dane na tle Europy są dobre, choć mamy oczywiście spadek PKB w pierwszym kwartale, hamowanie produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej itd. Ale panuje przekonanie, że jesteśmy w dołku, albo blisko niego. Kolejny czynnik pomagający złotemu: wróciła nadwyżka na rachunku obrotów bieżących, głównie za sprawą spadku cen nośników energii. Czyli eksport jest większy od importu, waluty z tego tytułu z Polski netto nie wychodzą. No i jednak po doświadczeniach z października zeszłego roku rząd ogranicza szastanie pieniędzmi. Oczywiście mamy nowelizację budżetu, ale jednak obawy co do zwiększenia wydatków były dużo poważniejsze. To dlatego obserwowaliśmy wyprzedaż polskich obligacji w październiku 2022. Między innymi, bo nie był to jedyny powód.
Tak swoją drogą, na konferencji prasowej dwa tygodnie temu Adam Glapiński powiedział, że w ostatnim czasie nic nadzwyczajnego nie dzieje się ze złotym. I wszystko jest w porządku. Oczywiście pytanie, o jakim „ostatnim czasie” Glapiński mówił? Bo jeśli weźmiemy ostatnich kilkanaście miesięcy, to mieliśmy prawdziwą sinusoidę, od 4,50 za euro na początku zeszłego roku, przez 5,04 w marcu na 4,44 kończąc dzisiaj. Z dolarem było podobnie. Od poziomów minimalnie poniżej 4 na początku 2022, przez 5,05 w październiku do prawie 4 obecnie. Trudno uznać takie ruchy za nic szczególnego. Jeśli natomiast Glapiński mówił o ostatnich tygodniach, to przypominam jego wypowiedź z końca 2020 roku, kiedy dokładnie takie poziomy euro jak teraz były określane za niesprzyjające polskiej gospodarce. I NBP interweniował kupując waluty po to, żeby złotego osłabić. Uważałem wtedy, że to błąd i tak samo myślę dzisiaj. Oczywiście wtedy nie mieliśmy takiej inflacji jak obecnie. Jednak z punktu widzenia eksportu – a przecież o to Glapińskiemu chodziło, co wyraźnie artykułował – teraz sytuacja jest gorsza. Euro jest co prawda tak samo jak wtedy już po prawie 4,40, ale koszty prowadzenia działalności w Polsce w złotych są wyższe. Choćby koszty pracy. A wydajność tak mocno nie wzrosła. Zresztą jeśli mówimy o inflacji i kursie PLN: kiedy w zeszłym roku złoty po raz drugi się osłabiał (przypomnę było to w październiku) i mieliśmy poziomy nieznacznie tylko poniżej 5 złotych za euro i powyżej 5 złotych za USD, słyszeliśmy, że na inflację ma to znikomy wpływ. Teraz słyszymy, że mocniejszy złoty jest ważny w walce z inflacją. To jak to jest dokładnie panie Prezesie?
Ale zostawmy już Glapińskiego. Co dalej ze złotym? Jeśli nic złego się nie wydarzy, nie powinien w czasie wakacji się osłabić. Choć pewną nerwowość mogą wprowadzać zbliżające się wybory. Z drugiej strony na przykład dane makroekonomiczne winny się poprawiać, a to powinno sprzyjać złotemu. Zejście poniżej 4 za dolara jest absolutnie możliwe. Euro, jak sądzę, będzie bardziej stabilne, bo jeszcze chyba jest miejsce na wzrost wartości euro do USD. A zatem wakacje za granicą będą, wszystko na to wskazuje, dużo tańsze niż w zeszłym roku. Bo wzrost cen w euro np. w Hiszpanii czy w Portugalii nie jest znaczący. Jeśli w ogóle jakiś jest.
Marek Zuber: Złoty coraz mocniejszy
REKLAMA
REKLAMA




















