Marek Zuber: Stopy znowu w dół

0
Marek Zuber
REKLAMA

Rada Polityki Pieniężnej po raz drugi z rzędu obniżyła stopy procentowe. Najważniejsza z nich jest już prawie na takim poziomie, jak główna stopa amerykańskiego banku centralnego. Ale w USA inflacja jest ponad dwa razy niższa.

Miesiąc temu Rada Polityki Pieniężnej po raz pierwszy obniżyła stopy procentowe. Wykonała ruch, którego nikt nie przewidywał, stopy poszły w dół o 75 punktów bazowych. Ruch, który uważam za duży błąd. Pisałem o tym wtedy. Błędem moim zdaniem jest nie tylko skala obniżki, ale w ogóle to, że do niej doszło. Nie mogę zatem inaczej oceniać kolejnego ruchu RPP, choć tym razem jest on dużo skromniejszy. Cięcie wyniosło bowiem 25 punktów bazowych. W sumie zatem w ciągu miesiąca stopy spadły o punkt procentowy do poziomu 5,75%. Dla porównania główna stopa Fed – czyli amerykańskiego banku centralnego – wynosi 5,5% przy inflacji na poziomie 3,7% w ujęciu rocznym. U nas, przypomnę, roczna inflacja to 8,2%. Szef Fed boi się – i mówi o tym otwarcie – presji inflacyjnej w roku 2024 i dlatego nie zwalnia tempa. I nie tylko nic nie mówi o obniżaniu stóp procentowych, ale daje sygnały, że kolejna podwyżka nie jest wykluczona. Tymczasem prezes NBP jest pewien spadku inflacji w przyszłym roku w okolice niewiele powyżej górnego ograniczenia pasma wahań, które w Polsce mamy – czyli 3,5% rok/rok – i absolutnie nie daje żadnych sygnałów, że mamy jakiekolwiek ryzyko jej odbicia. Nie może zresztą mówić inaczej, bo gdyby takie ryzyko widział, to obecne obniżki stóp procentowych byłyby po prostu nieodpowiedzialne. Ja takie ryzyko widzę, o czym uważni czytelnicy TEMI wiedzą, i dlatego obniżanie stóp w tej chwili uważam za błąd.

REKLAMA (3)

A propos Adama Glapińskiego. Jego konferencja po ostatnim posiedzeniu RPP osiągnęła kolejne poziomy abstrakcji w kwestii tego, jak powinno wyglądać informowanie o kluczowych decyzjach w polityce monetarnej. Jestem w stanie wszystko zrozumieć, ale naprawdę szefowi banku centralnego nie wypada obrażać ludzi. Zresztą nikomu nie wypada, tym bardziej publicznie. Tymczasem Glapiński dał pokaz specyficzny. Pierwsze pół godziny konferencji to emocjonalny monolog, w którym określenie „pseudo ekonomista” o tych, którzy mają inne zdanie, było chyba najdelikatniejsze. Potem dowiedzieliśmy się o ogłupianiu młodzieży, kłamaniu itd. itp. No i oczywiście cały czas słyszeliśmy o tym, że NBP jest najlepszy, a jego prognozy najtrafniejsze. No, niestety tak nie jest i wystarczy sięgnąć do internetu, żeby zobaczyć, co mówił NBP (także ustami swojego prezesa) o inflacji półtora roku temu, a co mówiła spora część rynku. I czyje w związku z tym prognozy były lepsze. A już szczytem manipulacji było stwierdzenie, że dowodem na to, że NBP ma rację jest obecny spadek inflacji, którego ekonomiści niezgadzający się z kierunkiem banku centralnego rzekomo nie przewidzieli. No nie! Znowu wystarczy popatrzeć na prognozy z początku roku. Owszem byli tacy, korzy wieszczyli dwucyfrową inflację w grudniu. Swoją drogą różnie może jeszcze być, poczekajmy do końca roku. Ale wielu z nas nie kwestionowało zejścia inflacji do poziomu jednocyfrowego. Sam od dłuższego czasu uważam, że zejdzie ona w grudniu do poziomu 6%-7% rok/rok. Początek przyszłego roku to prawdopodobnie dalszy spadek. Ale to, czego się boję i o tym piszę od dawna, to sytuacja w kolejnych miesiącach. Jeszcze raz powtórzę: moim zdaniem inflacja może zejść nawet w okolicę 5% na początku 2024 roku. Ale obecne obniżki stóp procentowych zestawione z przyszłorocznym budżetem, który zwiększa transfery do społeczeństwa, mogą ułatwić jej odbicie. I ze wzrostem cen na poziomie między 5% rok/rok a 8% rok/rok możemy mieć problem na wiele kolejnych kwartałów. A to oznacza, że stopy procentowe na poziomie minimum 5% – a może istotnie wyżej – zostaną z nami na długo, co na przykład skutecznie będzie hamować wzrost gospodarczy.

REKLAMA (2)

W kwestii ostatniej konferencji Glapińskiego wspomnę jeszcze tylko o dwóch rzeczach. Otóż, po pierwsze przypuścił on atak na tych, którzy mówią o „prawdziwej” inflacji. Jak zwał tak zwał, chodzi o to, że w Polsce wciąż mamy obniżony VAT na żywność, z 5% do zera, mamy zamrożoną cenę prądu, a Orlen robi na stacjach to, co robi. Ale już te pierwsze dwa elementy mają istotny wpływ na wskaźnik inflacji. Gdyby nie nadzwyczajne i czasowe działania, których nie ma choćby w USA czy Niemczech, inflacja w Polsce byłaby wyższa. Choć możemy dyskutować o ile, moim zdaniem o przynajmniej 1,5 punktu procentowego. Przypomnę, że w budżecie na 2024 rok nie ma już mowy o zerowej stawce VAT na żywność. I dlatego obecnie liczony wskaźnik jest zaburzony. I obelgi Glapińskiego wobec tych, którzy o tym wspominają, tego nie zmienią. I jeszcze druga kwestia. Tezy Glapińskiego w stylu, że spadek inflacji w Polsce jest rekordowy, możemy wsadzić między bajki. Wystarczy popatrzeć na Republiki Nadbałtyckie czy Czechy.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze