Zacznijmy od tej drugiej kwestii, bo ona wydaje się prostsza, czyli od ciepła. Rzeczywiście wiele gmin zamierza podnieść cenę za dostarczane ciepło. Wynika to przede wszystkim ze wzrostu cen węgla (80% ciepła produkuje się dzięki spalaniu tego surowca) oraz z planów inwestycyjnych, które te gminy mają. Oczywiście, żeby nie było wątpliwości, mam na myśli ciepło, które kupujemy, a nie sami w swoich domach wytwarzamy. Jeśli ktoś ma piec gazowy i w ten sposób produkuje ciepło, to tu jakichś poważnych ruchów cenowych raczej nie oczekujemy. Jeśli grzejemy węglem, to niestety przyjdzie nam więcej płacić właśnie z powodu wyższych cen.
Wracając jednak do ciepła produkowanego przez gminy, to ceny nie wszędzie wzrosną. Mało tego: mogą nawet czasem spaść. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób to ciepło jest produkowane, jakie inwestycje zostały dokonane. Wiele gmin ogrzewa swoich mieszkańców dzięki gazowi albo biomasie. Mało tego: inwestycje często były współfinansowane z Unii Europejskiej, co wyraźnie obniża amortyzację. Tak czy inaczej, w takich przypadkach problemu raczej nie będzie. Szykują się także środki budżetowe na bazie środków unijnych wspierające kogeneracje, czyli tu także nie powinno być źle.
Z prądem sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana i, co tu dużo mówić – gorsza. Mniej więcej osiemdziesiąt procent prądu w Polsce zużywają odbiorcy hurtowi. Ceny dla nich w ciągu ostatniego roku poszybowały w górę w sposób niespotykany. Na giełdzie energii był taki moment, kiedy cena megawatogodziny w tak zwanych kontraktach bazowych przekraczała 320 złotych. To dwa razy więcej niż w 2017 roku. Cena w dostawach w godzinach szczytu przebiła nawet wyraźnie 440 zł. Nie oznacza to oczywiście natychmiastowego podążenia za tymi cenami w przypadku dostaw dla odbiorców detalicznych, czyli dla nas. Ale zmiany wcześniej czy później muszą nastąpić. Bo najważniejsze powody wzrostu cen nie znikną z dnia na dzień.
No właśnie, co się właściwie stało? Po pierwsze, wzrosła cena węgla. To wciąż ważny surowiec w produkcji prądu nie tylko w Polsce, ale w całej Europie. Mało tego, w tym roku zapotrzebowanie na prąd z węgla wzrosło na skutek mniejszej produkcji przede wszystkim w elektrowniach atomowych i z wody, o czym za chwilę. Nie ma w tej chwili prognoz, które dawałyby szanse na wyraźny spadek cen „czarnego złota” w najbliższych miesiącach. Polska branża górnicza się cieszy, odbiorcy prądu niekoniecznie.
Drugi wielki problem to wzrost cen certyfikatów CO2, czyli uprawnień do emisji dwutlenku węgla. I też mamy trwały wzrost z uwagi na reformę całego systemy ich przyznawania, która się właśnie dokonuje. Jest to szczególnie dotkliwe dla tych, którzy produkują mniej ekologicznie, czyli dla nas. Ale efekt dotyczy całej Europy.
I po trzecie wreszcie: ostatnie półtora roku to na całym Starym Kontynencie okres bardzo ładnej pogody. Bardzo ładnej dla turystów odpoczywających nad Morzem Śródziemnym albo nad Bałtykiem, ale nie dla niektórych producentów prądu. Upały oraz brak deszczu, czyli susze, doprowadziły do dramatycznego spadku poziomu wód także w rzekach i wyraźnego wzrostu temperatur wód. Efekt? Problemy z chłodzeniem reaktorów np. we Francji czy w Niemczech i skokowy spadek produkcji prądu w Norwegii, która prawie wyłącznie korzysta z elektrowni wodnych. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów Francja kupowała prąd z północnych Włoch. A Norwegia nie miała nadwyżek, którymi mogłaby wspomagać europejski system. Prąd, między innymi z węgla, znów był poszukiwany.
O ile w kwestii suszy sytuacja może być przejściowa, o tyle pozostałe problemy, szczególnie kwestia droższych certyfikatów, z nami pozostaną. Ale to nie koniec wyzwań, jeśli chodzi o Polskę. Koszty odbudowania mocy wytwórczych, koszty remontów sieci przesyłowej, ewentualna budowa elektrowni atomowej to inwestycje na dziesiątki miliardów złotych. Do tego coraz nowe zadania dla koncernów energetycznych, jak budowa sytemu ładowarek samochodowych, inwestowanie w startupy i jeszcze inne pomysły, przecież na to wszystko trzeba mieć pieniądze. Skąd? Oczywiście od nas!
Jest zatem drożej. Na razie tylko dla odbiorców hurtowych, ale podwyżki dla detalu są kwestią czasu. Być może ze względów politycznych (mamy okres wyborczy) nie dojdzie do mocnych wzrostów od stycznia 2019 roku. Ale w takim razie podwyżki uderzą ze zdwojoną siłą w 2020 roku. Niestety, ucieczki nie ma. A swoją drogą droższy prąd dla odbiorców hurtowych powoli będzie się przekładał na inne ceny. Bo prąd, jak wiemy, jest używany powszechnie.
Prąd i ciepło w górę?
REKLAMA
REKLAMA




















