Nie da się ukryć, że przez ostatnie lata, a może nawet dziesięciolecia wzbogaciliśmy się; po naszych drogach nie jeżdżą już furmanki, ba, trudno dziś na polskiej prowincji spotkać malucha czy też poloneza. Fakt, że królują tam używane samochody sprowadzane z Niemiec, ale jeszcze 20 lat temu ten złom dominował w polskich miastach. Z tego, co ostatnio słyszę, rząd i za to zamierza się zabrać, wprowadzając jakieś drakońskie podatki dla pojazdów starych i zdezelowanych, więc i z polskich bocznych dróg zapewne znikną te wszystkie dziwne mercedesy, audi i volkswageny zostawiające za sobą chmurę spalin.
Ale domy, które w ostatnich latach pobudowaliśmy, już tak łatwo nie znikną. Zostaną z nami na lata, z tymi niejednokrotnie zakłóconymi proporcjami, zbyt małymi okienkami, kolumnami zapożyczonymi z dworków czy też – i to już jest chyba najbardziej koszmarne – wieżyczkami jak ze szkockich zamków, tyle że przylepionymi do budynków nijak zamków nieprzypominających. Są też na Podlasiu czy na Mazowszu góralskie chaty, najczęściej pełniące rolę przydrożnych zajazdów. Jaki jest powód tej miłości do Podhala w miejscach, które geograficznie, ale także w tradycji architektonicznej wcale nie są gorsze, dalibóg, nie wiadomo. Zgodzę się, że w polskich miasteczkach i wioskach jest ładniej niż było jeszcze 20 lat temu. Wzdłuż dróg pojawiają się na przykład ścieżki rowerowe, chodniki. W centrach miasteczek komuś chce się zadbać o kwietniki i równe krawężniki. Tu i ówdzie widać starannie przystrzyżone żywopłoty i nowe ogrodzenia.
O właśnie, a propos tych ostatnich… Chyba w żadnym innym kraju nie widziałem takiej różnorodności panującej w ogradzaniu swoich domostw. Najwięcej jest chyba ogrodzeń z metalowej siatki, ale pełno jest też wymyślnych konstrukcji żeliwnych, coraz rzadziej widać zwykłe drewniane płoty zbudowane ze sztachet – jak już Polak buduje płot z drewna, to drewno musi być bardziej ozdobne, na przykład być w formie dech kładzionych poziomo. Osobnym rozdziałem są ogrodzenia betonowe. W całej Polsce pełną parą musi pracować co najmniej kilkanaście wytwórni betonowych elementów ogrodzeniowych, żeby możliwy był taki wynik. Jak Polska długa i szeroka mniej więcej 20 procent domów ogrodzonych jest wymyślnymi konstrukcjami betonowymi w kształcie różnej wielkości kolumienek, w dodatku w różnych kolorach, z których wcale nie najbardziej odważnym jest różowy.
A skoro mowa o kolorach, to czasami wierzyć się nie chce, na jakie pomysły wpadają – no właśnie, kto? Chyba spółdzielcy – którzy koszmarne z samego założenia czteropiętrowe bloki z lat 70. ubiegłego stulecia malują na przykład na kolor wściekło seledynowy pomieszany z łososiowym, też zresztą wściekłym. Całość dopełniona zostaje bezhołowiem przydrożnych reklam stawianych byle gdzie i byle jak. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że nad tymi banerami, plakatami i ogłoszeniami nikt nie panuje. Są miejsca, że tych banerów jest tyle, że jedne przesłaniają drugie, czyli upada jedyny powód, dla którego zostały one rozwieszone, czyli przestają o czymkolwiek informować.
Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że gdy przejeżdżamy przez na przykład Niemcy, to podoba nam się panujący tam ład i kompozycja. Niemcy jednak są tą nacją, której podobają się gipsowe krasnale. Skąd zatem bierze się u nas ten bałagan przydrożny, a u nich ten ład? Ano w Niemczech (w Austrii, Włoszech czy Szwajcarii) nikt nie może sobie postawić dowolnego płotu nawet na swojej własnej działce, nie może też walnąć sobie dachu z niebieskiej dachówki. Tam przestrzeń wspólna jest przez wspólnotę starannie kontrolowana. I nie jest to zasługa centralnych rządów, ale dba o to władza lokalna. Do tego, żeby w naszym otoczeniu było ładniej, nie trzeba niczego, nawet specjalnych dodatkowych funduszy. Wystarczy, że to my będziemy tego chcieli i że pilnowania tego będziemy wymagali od samorządów. Tylko tyle, ale niestety aż tyle.
Bezhołowie
REKLAMA
REKLAMA




















