Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o warstwę wizualną, to nie odbiegamy już od standardów świata zachodniego. W kwestii tego, co się mówi oceny są zróżnicowane. Oczywiście opozycji nie podoba się to, co głosi partia rządząca i odwrotnie. Tu też nie odbiegamy specjalnie od standardów świata. Prawdę mówiąc, nie odbiegamy także często pod względem nasycenia niechęcią do przeciwników politycznych. Wystarczy sobie przypomnieć, co Donald Trump mówił o Hilary Clinton. To, co nas jednak mimo wszystko różni od dojrzalszych demokracji, to kwestia podejścia do faktów. Dość dokładnie obserwowałem ostatnią walkę prezydencką w USA i jednak pewien poziom oparcia się na faktach dotyczących sytuacji gospodarczej miał miejsce. Trump zarzucał wiele poprzednim rządom i swojej głównej przeciwniczce, ale jeśli stawiał tezy dotyczące gospodarki, to najczęściej liczby się zgadzały. W Polsce niestety wciąż mamy do czynienia ze swobodnym podejściem do różnych wielkości. Część naszych polityków po prostu wręcz nie mówi prawdy i nic z tego nie wynika. W każdym razie nic takiego nie pokazują badania opinii publicznej.
Trudno oczywiście, żeby każdy Kowalski rozumiał pojęcie determinantów wzrostu gospodarczego albo był w stanie określać strukturę PKB. Często jednak nie przeszkadzają nam nawet jawne nieprawdy rzucane na lewo i na prawo. Pewnie w myśl zasady, że wszyscy kłamią, więc po co w ogóle się tym przejmować.
Obecnym rządzącym trzeba przyznać, że mają szczęście. Pewnie także dlatego część swoich obietnic wyborczych zrealizowali. Moim zdaniem nie ma systemu zapewnienia finansowania tych obietnic, ale póki co nikt się tym nie przejmuje. Jest koniunktura w całej Europie, to jest to szczęście rządzących, w związku z tym na razie wszystko się ładnie spina. 500+, 300+, obniżenie wieku emerytalnego i parę innych pomysłów na razie nie rozwala polskiego budżetu. A co będzie, kiedy koniunktura się skończy? Tym się na razie nikt nie przejmuje, poprawa jest odczuwalna niemalże na każdym kroku. Co prawda, nie każdy z nas lepiej zarabia, ale takich jest coraz więcej i to widać. Rządzący mają sukces związany ze wzrostem ściągalności podatków, więc hasło o znalezieniu środków na obiecane koncepcje jest nośne. Co prawda, zwiększenie ściągalności podatków nie wystarczy dla pokrycia realizowanych pomysłów, ale wobec poprawy koniunktury jakoś szczególnie tego w tej chwili w budżecie na pierwszy rzut oka nie widać. Czyli da się? Ano da się. Teoretycznie przynajmniej. A właściwie przynajmniej do końca okresu koniunktury.
Skoro tak, to póki co można iść dalej, czyli obiecywać jeszcze więcej. I to się właśnie dzieje. Często przy udziale sprytnych chwytów. Przykład? Proszę bardzo! PiS chce wydać 100 mld złotych na termoizolację. Brzmi świetnie. Ale to, że mają to być wspólne środki prywatne, czyli nasze, samorządowe i przede wszystkim unijne, w dodatku program ma trwać latami, to już jakoś tak bardzo się nie przebija.
Po drugiej stronie mamy wciąż podzieloną opozycję, która ma ewidentnie problem nie tylko wynikający z tego podziału, ale także z tego, że wobec zaistniałej sytuacji także musi coś obiecywać. Świetnie wygląda to w przypadku Warszawy, gdzie każdy z kandydatów w zasadzie zdeklarował się już w kwestii budowy kilku nowych linii metra. Nie ma żadnych szans na realizację tych pomysłów w perspektywie najbliższych czterech lat Ale co z tego? Tak na marginesie: nikt nie mówi o tym, ten problem dotyczy także projektu metra w Krakowie, że wybudować to jedno, a utrzymać to drugie. Istniejących już teraz linii metra w Warszawie nie da się utrzymać tylko z wpływów z biletów, miasto musi dopłacać. Nie ma w tym nic złego, w końcu działa na rzecz mieszkańców i finansuje się z wpływów, które ma dzięki mieszkańcom, na przykład z podatków. Ale więcej linii to jeszcze większe kwoty. Skąd je wziąć? O tym nikt nie mówi. Festiwal zatem trwa. Mogę sobie wyobrażać, co się będzie działo dalej, skoro wybory samorządowe powinny dotyczyć z założenia raczej kwestii lokalnych.
A na koniec jeden cytat z obecnego premiera. Otóż równo rok temu w wywiadzie dla jednego z dzienników Morawiecki powiedział, że słowa o „Polsce w ruinie”, używane podczas ostatniej kampanii przed wyborami parlamentarnymi, były jedynie wyborczą retoryką. A „retoryka wyborcza rządzi się swoimi prawami”. No właśnie. Jaki jest zatem sens poważnego traktowania wyborczych zapowiedzi?
Czas obietnic
REKLAMA
REKLAMA




















