Nie mam zielonego pojęcia, czy strajk rezydentów ma podstawy polityczne i czy zostali oni w jakiś sposób do niego „zachęceni”, czy też nie. Faktem jest to, że jest to ta grupa, która została w ostatnich latach nieco zapomniana. Poprzedni rząd wprowadzał mniejsze czy większe podwyżki. Czasem były one wywalczone strajkami, jak w przypadku pielęgniarek, czasem nie. Ale rezydenci dostali stosunkowo najmniej. Pewnie zwyciężyło myślenie, że frycowe trzeba zapłacić. I tak muszą zrobić specjalizację, bo bez niej niewiele można zdziałać. Czy żądanie dwukrotnej średniej krajowej jest przesadzone to już zupełnie inna kwestia. W moim przekonaniu, biorąc pod uwagę dzisiejsze realia, rzeczywiście jest. Ale pamiętajmy też o tym, że postulaty takich właśnie wynagrodzeń pojawiły się kilka lat temu ze strony osób związanych dzisiaj z ministerstwem zdrowia. Być może dlatego akurat taka wartość się pojawiła.
Rządzący na strajk odpowiadają projektem ustawy, która ma narzucić zwiększanie wydatków na służbę zdrowia. Byłby to ewenement, biorąc pod uwagę ostatnich prawie trzydzieści lat. Pomysł moim zdaniem bardzo dobry, choć pojawia się oczywiście jeden problem. Jak to finansować, w ustawie szczegółów na ten temat bowiem nie ma.
Projekt PiS‑u zakłada dojście do 6% PKB przeznaczanych na zdrowie ze środków publicznych do roku 2025. W tej chwili osiągamy około 4,5%, w przyszłym roku ma być prawie 4,7%. Owa różnica, 4,5% i 6%, według dzisiejszej wielkości PKB to około 30 miliardów złotych, czyli kwota gigantyczna. Skąd ją wziąć?
Najpierw dwa słowa o systemie finansowania służby zdrowia na świecie. Wszędzie obowiązuje mechanizm zarówno finansowania ze środków publicznych, jak i prywatnych. Jednak są tylko dwa kraje, w których wydatki prywatne są większe od publicznych. To Stany Zjednoczone i Chile. W pozostałych podstawę stanowią środki publiczne. Biorąc pod uwagę wszystkie wydatki, nie tylko na leczenie, ale także na lekarstwa, profilaktykę itd, itp, średnia wydatków dla krajów OECD wynosi nieco ponad 9% PKB. Oczywiście mam na myśli zarówno wydatki publiczne, jak i prywatne.
W Polsce wskaźnik ten wynosi około 6,5% PKB, czyli około 120 mld PLN. Trzon wydatków w naszym kraju stanowi budżet NFZ, w tym roku będzie to niecałe 80 mld PLN. Do tego dochodzą dopłaty z budżetu oraz wydatki prywatne. Pod względem wskaźnika wydatki/PKB jesteśmy na szarym końcu. I to nie tylko w Europie. Gorzej na świecie jest dosłownie w kilku krajach. Dla porządku dodajmy, że np. w Niemczech jest to prawie 11,5%, a w Portugalii 10%. Rekordzistami światowymi są Amerykanie – 18% PKB.
Ustawa autorstwa PiS dotyczy oczywiście nie wszystkich wydatków, a tych, które mają pochodzić ze środków publicznych, czyli z NFZ, oraz z budżetu centralnego. Chyba, że częścią zadań zostaną obciążone jakieś inne podmioty funkcjonujące w ramach finansów publicznych. Jeśli jednak dotychczasowa struktura mniej więcej pozostanie, te środki muszą pojawić się w budżecie NFZ i w budżecie centralnym. Czy jest to realne?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się dokładnie przyjrzeć sposobowi finansowania służby zdrowia w Polsce, głównie systemowi finansowania NFZ. Najważniejsze pytanie dotyczy oczywiście możliwości zebrania istotnie większych środków przez tę instytucję. I tą kwestią zajmiemy się za tydzień.
Daleka droga
REKLAMA
REKLAMA




















