Kiedy prof. Klaus W. Schwab, niemiecki ekonomista, powoływał w 1971 roku Światowe Forum Ekonomiczne, planował, że będzie ono organizatorem corocznego spotkania w szwajcarskim Davos. Spotkania mającego ściśle określony cel – platformy do omawiania najważniejszych problemów i wyzwań, jakie stoją przed światem. Z założenia spotkanie miało być elitarne, to znaczy mieli być zapraszani na nie naprawdę wpływowi goście. Tacy, którzy rzeczywiście decydują w dużej mierze o tym, co się na świecie dzieje, szczególnie w zakresie ekonomii i gospodarki. Schwab nie myślał o tym, aby w Davos podejmowano jakieś konkretne decyzje. Bardziej chodziło o wymianę myśli, poznanie poglądów, zaszczepienie koncepcji.
W praktyce jest tak, że oczywiście nie każdy może do Davos pojechać. Ale obok polityków i najważniejszych biznesmenów zaprasza się również intelektualistów i dziennikarzy. Zatem sam fakt niedysponowania odpowiednią pozycją polityczną czy odpowiednim majątkiem nie musi jeszcze oznaczać, że do Davos nie pojedziemy. Ale jeśli mówimy o politykach i przedstawicielach świata szeroko pojętej ekonomii, to rzeczywiście zapraszani są ci najważniejsi. A zatem prezydenci, premierzy, szefowie banków centralnych i absolutny top najbogatszych ludzi świata oraz prezesów najpotężniejszych koncernów. Już samo to musi wywoływać pewien niedosyt, i to delikatne określenie, bowiem skoro szczyt ma być światowy, to niestety kumulacja bogactwa jest geograficznie dość mocno określona. Bogactwo jest w Europie, w USA i trochę w Azji. Tyle. A zatem obecni w Davos z pewnością nie reprezentują istotnej większości ludności świata. Reprezentują natomiast zdecydowaną większość kapitału. I siły politycznej. Nie jest to zatem, i nigdy być nie miało, szerokie spotkanie reprezentantów świata. To rzeczywiście grupa najbogatszych i najbardziej wpływowych.
W Davos nigdy nie podjęto jakichś konkretnych, istotnych decyzji. Panele, rozmowy, uściski dłoni, spotkania to realia tego szczytu. Przynajmniej tak wynika z relacji tych, którzy tam byli. Dobrze jest tam pojechać w tym sensie, że kogoś można zagadnąć, na coś zwrócić uwagę. Przede wszystkim jednak po prostu kogoś poznać albo zacieśnić relacje, co może być istotne w przyszłości, kiedy będziemy z nim mieli na przykład zrobić jakiś biznes. Gdzie jeszcze w jednym miejscu w tym samym czasie można zobaczyć tylu istotnych dla świata, z gospodarczego punktu widzenia, ludzi? Pewnie nigdzie.
Ale Davos to nie jest EXPO. To nie jest miejsce, gdzie promuje się kraje czy firmy. I o tym warto pamiętać szczególnie w kontekście naszej reprezentacji, czyli prezydenta, premiera i innych osób. I zacięcia PR dotyczącego ich pobytu.
Nie wierzę w to, że dzięki spotkaniom w Davos zostaną na przykład utworzone w Polsce miejsca pracy. Oczywiście może tam dojść do spotkania, dzięki któremu ktoś dostanie jakieś dodatkowy argument do zainteresowania się Polską. Ale nie po to szefowie największych firm świata przyjeżdżają do małego szwajcarskiego miasteczka, żeby rozmawiać o konkretnych projektach biznesowych. Zapewne może się tak dziać w kontekście jakichś działań już podejmowanych, nie można tego wykluczyć. Ale nie to jest głównym celem Davos. Choć z drugiej strony nie przeszkadzało to nawet Donaldowi Trumpowi promować swoją ojczyznę.
Czy zatem źle się stało, że nasza reprezentacja wydała państwowe pieniądze i pojechała do Davos? Oczywiście nie. Chyba jednak warto tam być. Warto się pokazywać. Trzeba nawiązywać relacje, także prywatne. Bo to się potem może przydać. Warto także posłuchać, o czym się mówi, choć to akurat można także przeczytać w relacjach ze szczytu. Ale z drugiej strony nie przesadzajmy. To, że tam jesteśmy, nie oznacza, że należymy do grona światowych decydentów albo że natychmiast spłynie na nas deszcz inwestycji.
W tym roku doszedł jeszcze jeden element. Pierwszego dnia uczestnicy forum mogli dostać ostatni numer „The Wall Street Journal” z artykułem w znacznej mierze poświęconym Polsce. I to niestety stawiającym nasz kraj w niezbyt dobrym świetle. Można tę gazetę lubić lub nie i wytykać jej polityczną stronniczość. Ale to jeden z najważniejszych gospodarczych tytułów świata. Gdyby naszych przedstawicieli w Davos nie było, nie mogliby oni próbować zatrzeć złego wrażenia. Nie mam pojęcia, czy się to udało. Ale z pewnością przynajmniej się starali i mieli ku temu sposobność.
Davos, czyli fakty i mity
REKLAMA
REKLAMA




















