Tegoroczne Święta Wielkanocne będą wyjątkowo drogie. Co prawda nasze wynagrodzenia też rosną, ale niestety nie wszystkim i nie zawsze w takiej skali, która niweluje efekt wzrostu cen.
Święta Wielkanocne nie są świętami „prezentowymi”. To święta, w czasie których wydajemy pieniądze przede wszystkim po to, aby przygotować różnego rodzaju posiłki. „Stół wielkanocny” to pojęcie, które zna pewnie każdy Polak. A zatem dominują w tym czasie zakupy różnego rodzaju produktów żywnościowych i samej żywności. I tu niestety trudno o optymizm, bo żywność jest droga jak nigdy dotąd. Światowy Indeks Cen Żywności, który publikowany jest przez FAO – czyli Organizację Narodów Zjednoczonych do Spraw Wyżywienia i Rolnictwa – osiągnął właśnie rekordowy poziom. Rekordowy w historii. Poprzedni szczyt odnotowano w okresie kryzysu naftowego lat 1973‒1974. O kryzysie naftowym pisałem kilka tygodni temu w kontekście skokowego wzrostu cen ropy naftowej, do jakiego doszło po napaści Rosji na Ukrainę.
Świat to system naczyń połączonych. Rosyjska agresja doprowadziła do paniki na kilku rynkach żywności, na czele z rynkiem pszenicy. Potem sytuacja się trochę uspokoiła, ale pszenica wciąż jest wyraźnie droższa niż przed wybuchem wojny. I wciąż nie wiemy, ile rosyjskiej i ukraińskiej pszenicy trafi w tym roku na rynek. Wzrost cen pszenicy powoduje z kolei wzrosty cen innych zbóż, przecież możemy nimi w większym czy mniejszym stopniu pszenicę zastąpić. Kupujemy je zatem, a to oznacza wzrost popytu, czyli w efekcie właśnie wzrost ceny. W sumie w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zboża podrożały prawie o 40%, głównie w ostatnich tygodniach. Spodziewano się raczej spadku cen w tym roku, czyli zakończenia trwającego od drugiej połowy 2020 roku trendu wzrostowego. Tymczasem na skutek wybuchu wojny jest dokładnie odwrotnie.
Drożeje także olej słonecznikowy. Oleje drożeją przynajmniej od pół roku, bo zdrożał surowiec, o czym pisałem przed chwilą, ale również podrożał gaz, a ten jest potrzebny w procesie produkcji. Teraz doszedł jeszcze element niepewności związanej z wojną. Ukraina jest dużym producentem oleju słonecznikowego, a nie wiemy, ile w tym roku zdoła go dostarczyć. Z tego powodu drożeją także inne rodzaje oleju, na przykład rzepakowy, a znowu efekt naczyń połączonych. Oleje roślinne to w ogóle lider wzrostu. Ich średnia cena poszła w górę w ciągu ostatniego roku o 56%.
Droższy jest także cukier. Jego cena wzrosła o jedną czwartą. Tu głównie widać efekt wyższych kosztów produkcji. Ale w Polsce – abstrahuję już od sytuacji na świecie – doszła jeszcze kwestia osłabionego złotego. Nagle eksport stał się bardziej opłacalny dla polskich producentów, a to wymusiło wyższe ceny w kraju.
Podrożał również nabiał – o 24% i mięso – o prawie 20%. Wzrost cen mięsa jest w sumie relatywnie niewielki, gdyby nie wojna bylibyśmy tylko nieznacznie powyżej poziomu sprzed roku. Ale tu też mamy wpływ czynników fundamentalnych, jak na przykład wzrost cen pasz na skutek wzrostu cen zbóż. Podsumowując to wszystko można powiedzieć, że po prostu jest bardzo drogo. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy cały koszyk żywnościowy FAO podrożał o ponad jedną trzecią.
Jak więc widać święta będą oznaczały wyraźnie wyższe wydatki. Będą najdroższe w historii, choć to jeszcze nie musiałoby oznaczać nic złego. Jakiś wzrost cen – czyli jakąś inflację – zazwyczaj mieliśmy. Co prawda nie zawsze drożały produkty, które wpływają na cenę koszyka wielkanocnego, ale jednak z jakimś trendem wzrostowym mieliśmy do czynienia od lat, z naprawdę małymi wyjątkami. Pierwszy raz w tym wieku skok będzie aż tak duży. W szczególności będzie on dotyczył świątecznych słodkości. Mąka, cukier, olej, jaja – to wszystko jest odczuwalnie droższe. Jeśli kupujemy słodycze w cukierniach, to do ich wytworzenia właściciele muszą doliczyć wyższe ceny gazu, prądu, wyższe wynagrodzenia dla pracowników. Jeśli przygotowujemy je sami, wyższe koszty energii też nas dotkną.
Jest jednak rzecz, która trochę osłodzi nam, nomen omen, ów czas. Wciąż rosną nasze wynagrodzenia. I rosną emerytury. Oczywiście nie wszystkim, poza tym często niewystarczająco, żeby zniwelować rosnące ceny, ale jednak choć trochę – chociaż i ten czas się prawdopodobnie skończył. Wszystko wskazuje na to, że w najbliższych miesiącach inflacja będzie wyższa niż wzrost wynagrodzeń.
Ale nie mogę skończyć tak totalnie pesymistycznie. Ryż potaniał! W ciągu ostatniego roku o około 10%. No tak, ale ryż z jabłkami, zamiast sernika? No właśnie. Coś by tu jednak na tym świątecznym stole nie grało…



















