Deficyt budżetowy w 2016 roku ma wynieść prawie 55 mld PLN. Czyli ma być o około 10 mld PLN większy, niż pierwotnie, tak przynajmniej wynikało z medialnych doniesień, planowano. Deficyt całego sektora finansów publicznych będzie na poziomie 3% PKB, czyli na maksymalnym dozwolonym przepisami Unii Europejskiej. Oznacza to wzrost o 0,7 punktu procentowego w stosunku do wcześniejszych założeń.
Głównym zarzutem wobec największej partii opozycyjnej było to, że planuje wydatki bez właściwego zabezpieczenia finansowania tych wydatków, czyli w zasadzie obiecuje gruszki na wierzbie. PiS bronił się tym, że zwiększenie dochodów do budżetu też planuje, głównie przez ograniczenie szarej strefy i nowe podatki nałożone na banki i sieci handlowe. Na dzisiaj faktycznie brzmi to dość ogólnikowo, głównie dlatego, że w zasadzie każdy kolejny rząd próbuje ograniczyć szarą strefę i różnie to wszystko wychodzi. Stąd moja propozycja, o której już zresztą pisałem, żeby najpierw zwiększyć dochody do budżetu, a dopiero potem te dodatkowe pieniądze przeznaczyć na zakładane cele.
Propozycjom PiS przeciwstawiano mocno stąpającą po ziemi Platformę. Ale i tu, w pewnym momencie, doszło do przesilenia i propozycje rozdawania zaczęły się pojawiać. Choć prawdą jest, że w bardziej ograniczonej skali. Nie zmienia to jednak faktu, że, w tym sensie, PO poszła śladami PiS. I to właśnie w konsekwencji doprowadziło do zmian w pierwotnych założeniach do budżetu na 2016 rok.
Ledwie kilka miesięcy temu wyszliśmy z procedury nadmiernego deficytu, bo w zasadzie do tego się to sprowadza, zeszliśmy do poziomu poniżej 3% PKB, jeśli chodzi o deficyt sektora finansów publicznych. W założeniach średnioterminowych plan był taki, że deficyt mamy ograniczać dalej. Jak widać, nic z tych rzeczy.
Ale o co właściwie tyle zamieszania, skoro przecież jesteśmy na granicy tego, co uważa się za dopuszczalne? Problem w tym, że Polska gospodarka jest ewidentnie w okresie ożywienia. Już kiedyś na łamach TEMI pisałem, że nie możemy, niestety, liczyć na to, żeby wzrost gospodarczy przyspieszył w Polsce w najbliższym czasie do 6 czy 7 procent. Doświadczenia ostatnich lat, kryzys 2008 – 2009, a przede wszystkim kryzys strefy euro pokazują dobitnie, że okresy koniunktury trzeba wykorzystywać na ograniczanie długu albo przynajmniej ograniczanie jego narastania, a nie na jego dość wyraźne zwiększanie. A wszystko po to, żeby można było ten dług zwiększyć wtedy, kiedy przyjdą gorsze czasy. Żeby mieć po prostu na to rezerwę. Budżet na 2016 rok z pewnością tej zasadzie nie jest wierny.
Oczyścicie rozumiem, że Polska ma potrzeby. Musimy się rozwijać, inwestować w przyszłość, wspierać dzietność, nowe technologie i zwiększać swoje bezpieczeństwo. Ale warto też mieć na względzie to, że jak się przesadzi, to konsekwencje mogą być opłakane. Grecji nikt nie zaatakował formalnie, a przecież wiemy, że jest pod ostrym dyktatem. I chodzi o to, żeby przed takimi sytuacjami się zabezpieczać.
Deficyt budżetowy w 2016 roku
REKLAMA
REKLAMA




















