Należy się cieszyć z tego, że zakończył się rozlew krwi na Majdanie, uwolniono Julię Tymoszenko, a kolejny chciwy, ograniczony i zdolny do okrucieństwa satrapa, traktujący własny kraj jako prywatną własność, został obalony.
To jednak dopiero początek, Ukraina jest ekonomicznym bankrutem, a jej przyszłość polityczna jest niepewna. Po raz kolejny Ukraińcy zbuntowali się przeciwko rządzącym i doprowadzili do ich obalenia w drodze ulicznych manifestacji i mniej lub bardziej pozaparlamentarnego przewrotu. I nie jest nawet najważniejszy mandat polityczny nowego rządu, chociaż też ma znaczenie, ale pytanie, jaki jest jego program i czy istnieje jakakolwiek szansa na spełnienie rozbudzonych nadziei. Moim zdaniem takich szans nie ma albo są one znikome. Na Ukrainie nie wykształciły się elity polityczne zdolne do przeprowadzenie niepopularnych reform, a nadzieje na dobrobyt i poprawę sytuacji w związku z oczekiwanym szybkim przystąpieniem do Unii Europejskiej są co najmniej naiwne.
Jednak zgodnie z oczekiwaniami obalenie prorosyjskiej ekipy w Kijowie wywołało reakcję Rosji. W chwili obecnej Rosja zajęła Krym, nie maskując specjalnie bezprawnego charakteru tej agresji, prowadzi działania destabilizujące we wschodniej Ukrainie, najwyraźniej nie pogodziła się z utratą wpływów w tej najważniejszej byłej sowieckiej republice.
Redukowanie całego konfliktu do cech charakteru i ambicji prezydenta Putina jest grubym uproszczeniem. Od czasu Ugody w Perejesławiu w 1654 roku, na mocy której Chmielnicki po klęsce pod Beresteczkiem zdecydował się na podporządkowanie lewobrzeżnej Ukrainy wraz z Kijowem Moskwie, mamy do czynienia ze słabnięciem na wschodzie wpływów Polski i umocnienieniem pozycji Rosji. Doprowadziło to do upadku i rozbiorów Rzeczpospolitej i podporządkowania całej (z wyjątkiem okolic Lwowa) dzisiejszej Ukrainy Moskwie. W międzyczasie Katarzyna Wielka zdobyła w efekcie wojen z Turcją Krym i terytoria na Kaukazie. Na szczęście Polska odzyskała w 1918 roku niepodległość, ale już nie większość zdepolonizowanych prowincji wschodnich. Dalszy proces depolonizacji tych ziem miał miejsce w rezultacie zbrodniczych działań niemieckich, sowieckich i ukraińskich nacjonalistów, którzy dopuścili się niewyobrażalnych w swoim okrucieństwie zbrodni na Polakach przede wszystkim na Wołyniu. Zbrodnie te związane są na zawsze z nazwiskiem Stepana Bandery i budowanie jego pomników na Ukrainie jest prowokacją wobec Polski – nie można mówić o przyjaźni z Polską i jednocześnie budować pomników Bandery. Żaden polski polityk nie powinien brać udziału w czymś, co może być odebrane jako uznanie dla Bandery.
Ostatecznie dzisiejsze granice Ukrainy, wykreślone przez Stalina w Jałcie, a bolesne dla Polski, są niepodważalne, a ich kwestionowanie jest niebezpieczne przede wszystkim dla Polski.
Trudno oczekiwać, aby jakikolwiek przywódca Rosji nie wykorzystał okazji dla odzyskania Krymu, który zamieszkany jest w przeważającej części przez ludność sympatyzującą z Rosją, a możliwości Zachodu, by w tym przeszkodzić, są dość ograniczone.
Zasadniczym pytaniem jest kwestia przyszłości Ukrainy. Niestety, nie wykorzystała ona 20 lat stabilizacji i związanej z osłabieniem Rosji możliwości przeprowadzenia reform. Dziś Ukraina, mimo potencjalnych możliwości, jest ekonomicznym bankrutem, oczekuje pomocy od Unii, a ta może być udzielona w ograniczonym stopniu, gdyż UE po prostu nie stać na utrzymywanie przez dłuższy czas tak wielkiego kraju, a Ukraina nie dysponuje chyba możliwościami ani wolą przeprowadzenia bolesnych reform. To działa na korzyść Rosji, która najprawdopodobniej nie będzie dążyła do oderwania siłą wschodnich i południowych, przynajmniej na razie, prowincji od Ukrainy, ale nie dopuści do stabilizacji i liczy, że na fali kryzysu ekonomicznego do władzy w Kijowie powróci prorosyjska ekipa.
Polityka polska staje wobec symbolicznej szansy przekreślenia ugody w Perejesławiu, która jest w naszej historiozofii traktowana jako jeden z kluczowych elementów degradacji i upadku Polski. Oznaczałoby to wyrwanie Ukrainy z zależności od Moskwy i związanie jej z Zachodem. Oczywiście leży to w interesie stabilizacji i pokoju w tej części Europy, powinno jednak być przeprowadzone w porozumieniu z Rosją, a nie w konfrontacji, która będzie trudna do wygrania dla obu stron. Polityka polska, jeśli ma być skuteczna, nie może być polityką historycznej wrogości wobec Rosji, a nasz kraj nie może mieć opinii antyrosyjskiego fanatyka, gdyż przestanie się liczyć. Ma tego świadomość rząd Donalda Tuska i dlatego to właśnie Polska nie popełniła w całej „sprawie ukraińskiej” żadnego poważnego błędu. I mam nadzieję, że tak pozostanie, bo „sprawa” jest obecnie daleka od pomyślnego zakończenia.
Dramat Ukrainy
REKLAMA
REKLAMA




















