Jest genialnie, fantastycznie, nigdy tak dobrze nie było. Kosmicznie rośnie ściągalność podatków, zadajemy potężne ciosy przestępcom żerującym na polskiej gospodarce. Straty w ostatnich latach szły w setki miliardów złotych, wiadomo, czyja to wina, ale my robimy porządek. A propos strat, to wszystkich przelicytował jeden z wiceministrów finansów, mówiąc o 320 mld PLN i to tylko na przekrętach Vat-owskich. Wzrost gospodarczy jest bardzo wysoki, jesteśmy liderem, zakwalifikowali nas właśnie do grona państw rozwiniętych. A inwestorzy zagraniczni wchodzą na nasze podwórko drzwiami i oknami, tak jest cudownie. W dodatku bezrobocie jest na najniższym poziomie w historii, a pensje szybko rosną. Mówiąc krótko: kraj mlekiem i miodem płynący! O jakim kraju te słowa? No jak to o jakim? O Polsce! Czy nie taki obraz wyłania się, słuchając co poniektórych, fakt, że nie wszystkich, polityków partii rządzącej?
Niektórzy jednak twardo stąpają po ziemi. Minister Radziwiłł chyba jednak właśnie do nich należy. Głównie w kontekście tego, co dostał i co może dostać, a czego nie. To on twardo mówi, że wydatki na służbę zdrowia wzrosły nie dlatego, że rząd dał jakieś pieniądze, ale dlatego, że rośnie liczba zatrudnionych i rosną pensje. Składka zdrowotna to procent wynagrodzeń i dlatego rośnie budżet NFZ. Trudno za to wskazać naprawdę istotny wzrost wydatków ze strony budżetu. Trudno zresztą także znaleźć finansowanie takich pomysłów. Na wszystko, niestety, nie wystarczy. A i tak mamy duży deficyt przy szybkim wzroście gospodarki. A to nie jest optymalna sytuacja.
Skoro zatem społeczeństwo słyszy, że jest tak wspaniale, to zaczyna powoli przyjmować to do wiadomości. Tym bardziej, że faktycznie sporej części społeczeństwa jest lepiej, ale nie wszystkim. A skoro się poprawia, a jakiejś części się nie poprawia, to co trzeba zrobić? Ano żądać poprawy. W szczególności jeśli ta poprawa nie wynika z sytuacji przedsiębiorstwa, w którym się pracuje, bo się nie pracuje w przedsiębiorstwie, tylko na etacie finansowanym tak czy inaczej przez państwo. Bo dokładnie w takiej sytuacji jest większość pracowników służby zdrowia w Polsce.
Obiektywnie poprzedni rząd wprowadził podwyżki w służbie zdrowia. W części wywalczone zresztą strajkami, czego najlepszym przykładem są pielęgniarki. Stosunkowo najmniej, przynajmniej procentowo, skorzystali z tego rezydenci. Pewnie w myśl zasady, że oni i tak muszą, czyli frycowe zapłacą, bo przecież specjalizację trzeba zrobić, jeśli cokolwiek sensownego chce się osiągnąć. No i pewnie także słysząc o sukcesie w gospodarce i finansach publicznych, upomnieli się o swoje. Może nie byliby aż tak ostrzy w swoich żądaniach, gdyby nie to, że poprawa, w ogólnie panującym przesłaniu, nie wynika z jakiejś światowej koniunktury, czyli nie musi być trwała, ale z działań rządu. To przecież dzięki niemu głównie spada bezrobocie i rosną pensje. Przynajmniej zdaniem właśnie rządu.
Mateusz Morawiecki chyba sam przestraszył się tego, co zrobili rezydenci, bo jednak nieco zmienił ton. W jednym z wywiadów zaczął mówić, że co prawda nie ma żadnego załamania finansów publicznych, co wieszczyli niektórzy, ale jednak deficyt jest, i to duży. Tak, dokładnie takie słowa wypowiedział nasz wicepremier, czyli że pieniędzy zbyt wiele nie ma, gdyby ktoś coś jeszcze chciał. I tu akurat trudno się z Morawieckim nie zgodzić.
Problem polega na tym, że chyba wszyscy rozumieją jedno: jeśli rezydentom się uda coś konkretnego ugrać, to w kolejce zaraz staną następni. A co to oznacza? Z punktu widzenia stabilizacji finansów publicznych nic dobrego. Niestety. Bo czy się to komuś podoba czy nie, wciąż bogaci nie jesteśmy. Gdyby odnieść budżet Polski do budżetu Niemiec, uwzględniając liczbę mieszkańców, to powinniśmy mieć co roku do dyspozycji około 650 mld PLN. A mamy tylko mniej więcej połowę tej sumy. Rozumiecie już Państwo, dlaczego długo jeszcze nie będzie nas stać na to, na co stać jest Niemców? Budżet NFZ jest poza budżetem centralnym, ale proporcja zostaje. Niestety…
Efekt propagandy?
REKLAMA
REKLAMA




















