Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła stóp procentowych. I wskazała między innymi na to, że wpływ na przyszłoroczną inflację będą miały pomysły rządzących.
Bardzo czekałem na to listopadowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. I na posiedzenie, i na komunikat po nim, i na to co powie potem Adam Glapiński, prezes NBP, w kontekście nie tylko inflacji. Głównie chodziło mi o to, czy po ewidentnie politycznym zagraniu we wrześniu i w październiku (w każdym razie ja tak to oceniam) zobaczymy teraz powrót do bardziej merytorycznej oceny sytuacji. Przypominam – nawiązując do tego, co napisałem tydzień temu – że praktycznie cała walcząca z inflacją część świata boi się jej odbicia w przyszłym roku, ale takiego zagrożenia nie widział polski bank centralny. A w każdym razie nic o tym nie mówił i zachowywał się tak, jakby tego zagrożenia nie było, obniżając stopy procentowe. Na marginesie: przypomnę, że nie cały świat wbrew obiegowej opinii walczy z inflacją. Problemów z wysoką inflacją nie miały choćby Chiny. A teraz, jeśli już z czymś się zmagają w tej kwestii, to raczej z zagrożeniem deflacją, czyli spadkiem cen. Co może być poważnym problemem, ale to zupełnie inny temat.
No i nie zawiodłem się, że tak powiem. Jak Państwo wiecie (jeśli czytacie moje komentarze), uważam ostatnie obniżki stóp za błąd. Oczekiwałem zatem, że po wyborczym napięciu Rada się nieco uspokoi i przesłanki merytoryczne zwyciężą. Co oznaczało, że pomimo kolejnego mocnego spadku inflacji w październiku, tym razem obniżania stóp nie będzie. I rzeczywiście nie było. Ktoś może powiedzieć, że nie jest to już konieczne po poprzednich obniżkach. Ale kontynuując koncepcję Glapińskiego prezentowaną ostatnio, RPP powinna iść za ciosem, czyli podążać za znacząco spadającą inflacją i ciąć dalej. Koncepcja, z którą się w ogóle nie zgadzam, ale która nie zakładała – jeszcze raz to powtarzam – ryzyka odbicia inflacji najdalej w połowie przyszłego roku. I która nie brała w ogóle pod uwagę na przykład rosnącego popytu na skutek zwiększania ilości pieniędzy, które trafiają do społeczeństwa. Mam tu na myśli choćby to, że od pierwszego stycznia „500+” będzie już „800+”.
No, ale otrzeźwienie przyszło. Oto bowiem z jednej strony stopy nie zostały obniżone, z drugiej zaś usłyszeliśmy o ryzyku związanym z przyszłorocznym budżetem. Oczywiście teraz te słowa mogą paść (kwestia polityki), bo teraz dotyczą opozycji. Czyli grup niezwiązanych z Glapińskim i większością w Radzie. Tak w każdym razie można to oceniać. Teraz zwiększania wydatków już się Rada boi i teraz widzi, że może to spowodować wzrost inflacji. Bo za to zwiększenie odpowie dzisiejsza opozycja. Oczywiście widzę też to, że pomysły opozycji – przynajmniej niektórych partii – szły dalej niż to, co zaprezentował rząd parę tygodni temu. Szczególnie mocno widać to w przypadku Lewicy. Ale też propozycja KO w kierunku zwiększenia kwoty wolnej do 60 tysięcy złotych oznacza wzrost napięcia inflacyjnego. Tyle tylko, że już pomysły Morawieckiego i spółki zwiększały ryzyko odbicia inflacji, ale kiedy były publikowane i nie wiedzieliśmy jeszcze, kto będzie realnym zwycięzcą wyborów, to Glapiński się na ten temat nawet nie zająknął. Czy zatem do RPP i generalnie do NBP wraca normalność pod względem oceny zagrożeń inflacyjnych? Oby. W każdym razie tu kierunek wydaje się dobry. Choć ta zmiana potwierdza tylko w mojej opinii „polityczność” tego, co widzieliśmy w ostatnich miesiącach. Ale żeby nam się nie nudziło, otwarty został inny front. Tym razem w ramach samego NBP.
Oto bowiem spora część konferencji Glapińskiego poświęcona było jednemu z członków zarządu NBP, Pawłowi Musze, do niedawna pełniącemu funkcję w kancelarii prezydenta RP. Prawnik z wykształcenia, nigdy niezajmujący się kwestiami bankowości centralnej (w każdym razie nic o tym nie wiem), od roku zasiada w zarządzie polskiego banku centralnego. Ale nie został tam powołany przy sprzeciwie Adama Glapińskiego, tylko na jego wniosek. No i teraz się okazuje, że panowie delikatnie mówiąc nie dogadują się do tego stopnia, że Mucha oskarżył Glapińskiego o łamanie prawa. Nie wiem, kto ma rację, to temat dla prawników. Ale zrobiła się z tego publiczna afera, która jest kolejnym kamyczkiem uderzającym w reputację, postrzeganie i wiarygodność Narodowego Banku Polskiego. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Mucha w zarządzie niczego nie nadzoruje, żadnego departamentu, więc do końca nie wiadomo, za co bierze dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie. Generalnie byłoby to wszystko śmieszne, gdyby nie to, że dotyczy jednej z najbardziej poważanych instytucji w gospodarce rynkowej. Przynajmniej tak być powinno.
No dobrze, a co ze stopami? Ja bym ich nie ruszał przynajmniej do końca pierwszego kwartału 2024 roku. Bo wtedy coś więcej będziemy wiedzieć o tym, czy faktycznie ryzyko odbicia inflacji jest duże. A co zrobi RPP? Napisałem, że idzie w dobrym kierunku. Ale czy z niego nie zboczy? A któż to wie…




















