Kiedy oni odejdą, oczywiście pisowcy? To pytanie, które zadaje sobie coraz więcej Polaków. Prawie codziennie jestem pytany o to przez znajomych na spotkaniach oraz nieznajomych na ulicach, którzy ze smutkiem, lękiem lub nadzieją pytają: jak pan uważa, czy to długo potrwa, kiedy oni przestaną demolować nasz kraj i czy zostaną ukarani? Jest to o tyle nowość, że nie tak dawno sytuacja wyglądała znacznie gorzej, prawie beznadziejnie. Nikt z taką nadzieją w głosie i oczekiwaniem na pozytywną odpowiedź o to nie pytał. Dziś wszystkie sondaże i cząstkowe wybory do władz samorządowych dowodzą, że żadnych wyborów oni już nie wygrają, a rozkład i kryzys dobrej zmiany jest oczywisty.
Jednym z istotnych elementów jest nierozwiązywalny, pełzający problem większości rządowej. Pisowcy w niektórych sprawach korzystają z pomocy swoich przystawek u innych, mogą przekupywać pojedyncze osoby (czasami za ogromną sumę; jak podają media jednego posła za ok. 40 000 miesięcznego uposażenia) lub szantażem i innymi metodami zyskiwać pojedyncze głosy, ale nie jest to większość trwała, ani stabilna.
Porozumienie Jarosława Gowina dość konsekwentnie odmawia poparcia w kilku kwestiach tego co propaganda rządowa nazywa polskim ładem (złośliwi mówią „polski wał” lub „nieład”) i nic nie wskazuje, aby dobra zmiana mogła liczyć na głosy zwolenników Gowina. Odrębną sprawą jest pytanie, ilu tych zwolenników jest i czy wytrwają pod presją różnego rodzaju obietnic i gróźb, jakie ma w zwyczaju stosować obóz narodowo-katolicki, wzór patriotyzmu i cnót wszelakich. „Porozumienie w uchwale albo w specjalnym oświadczeniu będzie chciało nakreślić granice współpracy w ramach Zjednoczonej Prawicy. Podstawą tego ultimatum mają być kwestie podatkowe, obrony przedsiębiorców i samorządów.



















