I teraz wracam do Tesli. Otóż akurat w przypadku tej firmy trudno mówić o spektakularnych wynikach finansowych. Owszem, ten rok będzie rekordowy, sprzedaż przekroczy prawdopodobnie 40 mld USD, a zysk 4,5 mld USD. Tyle tylko, że ma się to nijak do ponad biliona dolarów wyceny. Wystarczy popatrzeć na przepaść, która dzieli Teslę od Microsoft i Apple. A jeszcze lepiej popatrzeć na branżę motoryzacyjną. Największy producent samochodów na świecie – czyli Toyota – zarobi w tym roku około 38 mld USD. Będzie to najlepszy rok w historii pod tym względem. Pod względem przychodów zresztą też, prognozy mówią o 275 mld USD. Toyota wyceniona jest na około 260 mld USD. Numer dwa – czyli VW – to już tylko 140 mld USD wartości, przy przychodach na poziomie 290 mld USD i zysku prawie 30 mld USD. Oczywiście przypominam, że to wciąż prognozy, czwarty kwartał się jeszcze nie skończył. Ale prognozy dość prawdopodobne.
To o co chodzi? Czy Tesla to po prostu zwykła totalna bańka spekulacyjna? Wycena Tesli to wiara w to, że zmiany na rynku motoryzacyjnym są nieuniknione, że elektromobilność to pieśń przyszłości. Elektromobilność w rozumieniu przede wszystkim samochodów bateryjnych, bo takie produkuje Tesla. Ale to także wiara w to, że Tesla na tej drodze będzie zdecydowanym liderem. No właśnie, ale czy tak będzie? Tego dzisiaj nikt nie wie. Pamiętam 1999 rok, kiedy inwestorzy głównie w USA wmawiali wszystkim, że internet to przyszłość i że wyceny spółek internetowych nie są przesadzone. Ale w 2000 roku przyszła „aktualizacja”. Bańka pękła, a spadek był tak potężny, że straty odrobiono dopiero po piętnastu latach. Bo internet był przyszłością, ale zmiany jednak trochę trwały.
Myślę, że najbliższe dwa lata będą dla Tesli latami prawdy. Praktycznie cała konkurencja odpowie na ofertę amerykańskiego producenta. Oczywiście Tesla także walczy, też przygotowuje nowości. Ma poszerzyć gamę modeli, pokazać inne baterie itd. itp. Co zatem będzie? Nie wiem. Coś jednak czuję, że ten bilion dolarów za długo się nie utrzyma.



















