Czy Adam Glapiński stanie przed Trybunałem Stanu? A jeśli tak, jakie to może mieć konsekwencje?
Koalicja Obywatelska w ramach wyborczych obietnic przedstawiła sto postulatów, które będzie chciała zrealizować. Jednym z nich było pozbawienie Adama Glapińskiego funkcji prezesa Narodowego Banku Polskiego. W momencie, kiedy ten postulat pojawił się w przestrzeni publicznej, nie zrobił specjalnego wrażenia. Z jednej strony trwała jeszcze kampania, nie było wiadomo, kto przejmie władzę w Polsce, zaś z drugiej nie jest to wcale prosty proces. Teraz jednak sprawa zaczyna stawać się coraz bardziej poważna. Na tyle poważna, że zajął się nią obok zarządu NBP w osobie zastępczyni Glapińskiego także odchodzący (wszystko na to wskazuje) premier polskiego rządu. Retoryka Morawieckiego była nawet mocniejsza od słów Marty Kightley, wiceprezes NBP.
Szefostwo banku centralnego w każdym cywilizowanym kraju ma być absolutnie niezależne. Chodzi o to, żeby doraźne potrzeby rządzących nie wpływały na podejmowane decyzje. Mają one być tylko i wyłącznie wyrazem własnej wiedzy, przekonań i doświadczeń. Niezależność tę uzyskuje się przede wszystkim wprowadzając kadencyjność. Tak jest w USA w przypadku Rezerwy Federalnej, tak jest w przypadku Europejskiego Banku Centralnego czy Banku Anglii, i tak jest w przypadku Narodowego Banku Polskiego. Zarówno członkowie zarządu NBP, jak i Rady Polityki Pieniężnej powoływani są na sześcioletnie kadencje. W przypadku RPP można być powołanym tylko raz, co jeszcze bardziej wzmacnia – przynajmniej w teorii – niezależność. Nikomu nie przyjdzie bowiem do głowy, żeby swoimi decyzjami „wypracować” sobie nominację na kolejną kadencję. W przypadku prezesa NBP jest jednak inaczej. Można bowiem sprawować dwie kadencje pod rząd, co potencjalnie może rodzić mniejsze czy większe obawy.
Pozbawienie stanowiska kogoś ze ścisłego szefostwa banku centralnego jest zatem trudne. Wszędzie na świecie, także w Polsce. W zasadzie możemy tu mówić o tym, że ktoś sam zrezygnuje, albo ciężko zachorował i nie może pełnić sprawowanej funkcji. Ale jest jeszcze potencjalnie furtka w postaci złamania ustawy o działalności banku centralnego. I w tym kierunku chcą iść ci, którzy nie widzą dalej Glapińskiego na stanowisku szefa NBP.
Nie ukrywam – i ktoś, kto czyta moje felietony o tym wie – że nie jestem fanem tego, co Adam Glapiński w ostatnim okresie robi i mówi. I dotyczy to zarówno sposobu wygłaszania opinii – w szczególności obrażania tych, którzy mają inne zdanie, co jest w ogóle niedopuszczalne w przestrzeni publicznej – jak i (to jest istotniejsze) kwestii merytorycznych. Uważam, że Rada Polityki Pieniężnej spóźniła się z podwyżkami stóp procentowych, że za wcześnie zaczęła je obniżać, że NBP niepotrzebnie interweniował pod koniec 2020 roku na rynku walutowym i jeszcze parę innych decyzji bym znalazł. Zupełnie nie zgadzam się z argumentami drugiej strony. Mało tego, uważam, że decyzja o rozpoczęciu obniżania stóp we wrześniu miała znamiona decyzji politycznej, mającej poprawić notowania partii rządzącej przed wyborami. Jest to moje zdanie, mogę go rozwijać i motywować. Ale druga strona może mieć swoje argumenty. I do tego właśnie zmierzam.
Prezesa NBP można postawić przed Trybunałem Stanu. Nie jest to specjalnie trudne, jeśli ma się większość sejmową. Wystarczy właśnie ta większość. Pytanie tylko, czy przed Trybunałem Stanu uda się udowodnić złamanie prawa. Mój największy zarzut do Glapińskiego to systematyczne niszczenie wiarygodności polskiego banku centralnego i wątpliwości dotyczące jego apolityczności. Choćby w związku z kompromitującymi w moich oczach konferencjami. I nie chodzi tutaj o dywagacje na temat wyższości kiszonej kapusty nad sokiem pomarańczowym. Bardziej mam na myśli choćby wybiórcze podchodzenie do czynników proinflacyjnych. Glapiński aż do wyborów nie widział zagrożenia płynącego z dosypywania pieniędzy przez rząd społeczeństwu, a to ewidentnie wynika z projektu budżetu na 2024 rok. Nie widział do wyborów, bo teraz już zauważył. Na konferencjach słyszeliśmy także po prostu nieprawdę, jak choćby w kwestii interwencji walutowych.
Tyle tylko, że czym innym jest zdanie obserwatorów, a czym innym zdanie Trybunału.
Twarde dowody są trudniejsze do przedstawienia. Choćby w kwestii autorytetu NBP. Co jest wystarczającą przesłanką do ustalenia winy w tym względzie? Jakie słowa, jakie działania? Prawnie to jest znacznie większy problem. Kto wie, czy zatem nie łatwiejsza będzie próba udowodnienia złamania odpowiednich ustaw w związku z tym, co słyszymy od niektórych członków RPP (w kontekście ich funkcjonowania w NBP), no i od jednego z członków zarządu NBP. Ale to już wymaga analizy prawnej.
Czy nowa koalicja spróbuje postawić Glapińskiego przed Trybunałem Stanu? Nie wiem. Ale jeśli tak, musi się do tego dobrze przygotować. Jeśli się dobrze przygotuje, to rynkami finansowymi, Europejskim Bankiem Centralnym czy innymi międzynarodowymi instytucjami bym się nie przejmował. One będą ostro reagowały tylko wtedy, kiedy uznają, że działania wobec Glapińskiego nie mają uzasadnienia merytorycznego. Wtedy rzeczywiście będzie to uznane za polityczny atak na niezależność banku centralnego. I spotka się z różnymi konsekwencjami.




















