Nowy premier

0
Marek Zuber
REKLAMA

Pierwsza uwaga jest taka, że Mateusz Morawiecki nie jest nową twarzą w rządzie. I nie był on zwykłym ministrem czy nawet wicepremierem. Można pewnie użyć sformułowania super wicepremier, w dodatku jednocześnie minister finansów i rozwoju. I, co jest tajemnicą Poliszynela, Beata Szydło wielkiej kontroli nad nim nie miała. W związku z tym w kwestiach gospodarczych miał władzę, której chyba wcześniej nie miał nikt. No może Leszek Balcerowicz… Z tym jednak, że za Leszkiem Balcerowiczem nigdy nie stała osoba o takich możliwościach politycznych, jak Jarosław Kaczyński dzisiaj. Pełnej swobody Morawiecki nie miał, czego dobitnie daje przykład zmian w PZU czy w banku PKO SA. No i spór dotyczący nowego systemu emerytalnego toczony z minister Rafalską. Nie miał także kontroli nad energetyką czy branżą zbrojeniową. Ale tak czy inaczej mógł bardzo, bardzo wiele. A ile zrobił?
Sytuacja gospodarcza jest bardzo dobra. Rozwijamy się szybko, bezrobocie spada, właściwie wszystkie wskaźniki się poprawiają. Problem w tym, że jest to głównie efekt koniunktury na świece, w szczególności w Europie. Strefa euro wreszcie rozwija się w przyzwoitym tempie 2,5% rok/rok i to nas ciągnie. I nie ma tu z czym dyskutować, bowiem rozwijają się wszyscy, a są i tacy, którzy robią to szybciej od nas. Mówienie zatem, że to głównie zasługa rządu czy też samego Morawieckiego, jest po prostu nieprawdą. A czy rząd dołożył się do tego wzrostu? Z pewnością trochę tak, choćby programem 500+. Prawdę mówiąc, innych poważnych działań, choćby wynikających z planu przygotowanego przez Morawieckiego, które miałyby pchnąć istotnie obecnie gospodarkę do przodu, nie widzę. Raczej pozostajemy tu na poziomie PR. Nie mówiąc już o tym, że jeśli jednym z czynników załamania w inwestycjach (to jest obecnie nasz największy problem) jest brak stabilności otoczenia gospodarczego, to za to otoczenie w dużej mierze odpowiadał właśnie Morawiecki.
Bezsprzecznym sukcesem rządu, a zatem i Morawieckiego jest relatywne zwiększenie dochodów budżetu. Oczywiście część z tego zwiększenia wynika z tego, że mamy po prostu szybszy wzrost i inną jego strukturę niż w planach budżetowych. Jeśli Morawiecki mówi zatem, bodajże w telewizji „Trwam”, że w tym roku będzie o 30 mld PLN więcej wpływów z VAT, to w znacznej mierze wynika to z tego, że ciągnie nas konsumpcja i że dynamika PKB jest wyższa. I tyle. Ale część rzeczywiście wynika na przykład z Jednolitego Pliku Kontrolnego, Pakietu Paliwowego czy Pakietu Transportowego. Co prawda, Morawiecki żadnej z tych zmian nie przygotował, pierwszą zrobił jeszcze poprzedni rząd, a pozostałe Paweł Szałamacha, ale wicepremier je firmował i kontynuował, więc niech będzie, że to jego zasługa. Zresztą szczególnie JPK jest cały czas rozbudowywany, co trzeba uczciwie przyznać.
Co do efektywniejszych kontroli i większej determinacji w szukaniu oszustów swoje dodaje z kolei Zbigniew Ziobro. Ale tak czy inaczej sukces jest, choć trudno szacować jego skalę i trudno określić, jaki będzie jego koszt w perspektywie lat.
Musimy jednak odnotować, że pomimo relatywnego zwiększenia dochodów budżetu i pomimo bardzo szybkiego wzrostu w budżecie jest dalej spora dziura. I to jest powód, dla którego trudno mówić, że jest super.
Czy zatem gospodarka zyska na premierze Morawieckim? Z pewnością jego projekty łatwiej mu będzie teraz rozwijać, choćby w kontekście zmian w emeryturach. Pytanie tylko, czy wszystkie te zmiany, jak choćby nacjonalizacja sytemu bankowego, będą w długim okresie na plus. Mam poważne wątpliwości.
Martwi mnie jeszcze jedna rzecz. Otóż przypominam sobie wywiad z początku września 2017 roku dla gazety „Fakt”, w którym Morawiecki z rozbrajającą szczerością, choć pewnie można by też było użyć innych określeń, przyznaje, że Polska nigdy nie była w ruinie. Był to tylko chwyt wyborczy po to, żeby wygrać wybory. A o ruinie można mówić, ale w odniesieniu do 1945 roku. Co to znaczy? Ano to, że nasz nowy premier może de facto wszystko powiedzieć i wcale nie oznacza to, że tak jest albo tak będzie. Ktoś powie: no dobrze, ale słowa padały w kampanii wyborczej, która rządzi się swoimi prawami. Takie też stwierdzenia Morawieckiego mamy w wywiadzie dla „Faktu”. Tyle tylko, że akurat wicepremier podobną koncepcyjnie retorykę uprawia cały czas. No bo jak tłumaczyć na przykład słowa, że bezrobocie spada dzięki realizacji planu przez niego przygotowanego? Co najwyżej można napisać, że spada „TAKŻE” dlatego. Choć wpływ działań rządu na spadek bezrobocia osobiście uważam za niewielki. Podobne sformułowania można usłyszeć w kontekście inwestycji, które się w Polsce pojawiają. GP Morgan na przykład wcale nie jest żadnym przełomem, bo tego typu banki są w Polsce od dawna. Ani Mercedes. Wystarczy popatrzeć na to, co w Polsce wybudowały dużo wcześniej Opel, Toyota czy VW. No właśnie, więc w co mamy wierzyć? Jakie zapewnienia brać pod uwagę na poważnie?

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze