Umowa CETA

0
Marek Zuber
REKLAMA

CETA, czyli Kompleksowa Umowa Gospodarczo – Handlowa, to umowa dotycząca zniesienia barier handlowych w relacjach Unia Europejska – Kanada. Ma ona doprowadzić do zniesienia należności celnych, ułatwić dostęp do zamówień publicznych, otworzyć rynki usług, stworzyć przewidywalne warunki dla inwestorów itd. itp. Czyli ma ułatwić relacje gospodarcze. Założenia są takie, że dzięki ułatwieniom ma dojść do przyspieszenia wzrostu gospodarczego na obydwóch obszarach, choćby ze względu na niższe koszty związane z prowadzeniem działalności. Tyle w teorii. A jak to będzie wyglądać w praktyce?
Tego tak do końca niestety nie wiemy. Przeciwnicy porozumienia uwielbiają dawać przykład Meksyku, który na umowie dotyczącej liberalizacji handlu w Ameryce Północnej stracił rzekomo milion miejsc pracy. Trudno to jednoznacznie ocenić. Utrata miejsc pracy mogła wynikać także z innych czynników, które często trudno jest identyfikować. Mówi się, że rolnictwo Meksyku straciło na rzecz rolnictwa Kanady, w której doszło do poważnych przekształceń strukturalnych. Rozwinęły się tam wielkie gospodarstwa specjalizujące się często w produkcji żywności zmodyfikowanej genetycznie. Nie wiemy jednak na pewno, czy w Kanadzie nie doszłoby do tych zmian także wtedy, gdyby umowy o wspólnym handlu nie było. Może zakres nie byłby tak ogromny, ale jakiś mógłby być. Wtedy, być może, w Meksyku także doszłoby do likwidacji miejsc pracy, tylko w mniejszym zakresie. Itd. itp. W dużej mierze mamy tu do czynienia z gdybaniem. Warto zresztą zwrócić uwagę na fakt, że Donald Tramp w prezydenckiej kampanii wyborczej podkreśla niekorzystne skutki umów o wolnym handlu w gospodarce USA, kiedy w powszechnej opinii to USA właśnie korzystają najbardziej na tego typu umowach. Może słowa Trampa to tylko efekt kampanii, a może po prostu nie jest tak, że ktoś tylko zyskuje, a ktoś inny tylko traci.
No dobrze, ale czy można choć spróbować ocenić, jak CETA może wpłynąć na polską gospodarkę? Jeśli oczywiście wejdzie w życie, bo polska premier już oficjalnie stwierdziła, że nie chcemy jej przyjąć. Pod wieloma względami powinna być ona dla nas korzystna. Choćby w zakresie usług. W wielu obszarach jesteśmy bowiem bardzo konkurencyjni. I mam tu na myśli nie tylko bardzo wyrafinowane usługi informatyczne, czy księgowe, ale także na przykład usługi budowlane – polskim firmom łatwiej będzie działać na rynku kanadyjskim. Tu widzę spory obszar potencjalnego rozwoju. Łatwiej nam będzie także nawiązywać relacje związane z wykorzystaniem rewolucji łupkowej, pamiętajmy, że Kanada jest na przykład wielkim producentem gazu.
Ale są także, niestety, zagrożenia. Teoretycznie w kwestii wejścia na polski rynek żywności modyfikowanej genetycznie nic się nie powinno zmienić, bo normy unijne pozostają. Jednak sformułowania dotyczące tego rodzaju żywności zawarte w umowie są dość niejednoznaczne i tu z pewnością trzeba będzie uważać. Czyli potencjalnie może ucierpieć polski konsument, bo nie będzie wystarczająco poinformowany, co je, i oczywiście polski rolnik. Można się też obawiać konkurencji w kilku branżach przemysłowych, szczególnie w tych, w których koszty energii mają duże znaczenie. Nośniki energii, przede wszystkim gaz, są w Kanadzie dużo tańsze. Niższe są zatem koszty produkcji. Nawet okresy przejściowe mogą tu być niewystarczające.
Przystąpić zatem do tego porozumienia czy nie? Pomijając kwestię tego, że możemy nie mieć wyboru (będzie to przecież decyzja całej Unii, a nie tylko nasza), zawsze pozostaje pytanie: jeśli nie to porozumienie, to co? W dzisiejszym świecie, który staje się coraz mniejszy i w którym jest silna tendencja likwidowania barier rozwoju, brak przystąpienia do tego typu porozumień może oznaczać swoiste wypadniecie z obiegu.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze