FTSE Russel to brytyjska agencja, która zajmuje się tworzeniem indeksów dla światowych rynków finansowych. Sporządza także różnego rodzaju analizy i oceny, które mają pomagać w budowaniu optymalnych portfeli inwestycyjnych. Dostarcza informacji makroekonomicznych, demograficznych i wielu innych, które mają wspierać podejmujących decyzje. Aby to robić, ocenia kraje także pod względem rozwoju rynków finansowych. Jest to nieodzowne właśnie przy budowaniu indeksów. Chodzi o to, aby w danym indeksie znajdowały się podobne aktywa. Nie pod względem branż czy ryzyka operacyjnego, ale pod względem np. płynności czy dostępności instrumentów związanych z danymi akcjami.
Z polskiego na nasze: FTSE Russel dostarcza informacji dla tych, którzy inwestują. A jednym z podstawowych parametrów budowania indeksów przez FTSE Russel jest podzielenie krajów w kwestii rozwoju rynków finansowych. Co przez to rozumiemy? Płynności na tych rynkach, bezpieczeństwo obrotu, dostępności różnego rodzaju instrumentów. I nie chodzi tu tylko o rynek kapitałowy, czyli o giełdę. W mediach, jeśli już ktoś bardziej precyzyjnie informował, o tym, co się stało, zwracał uwagę właśnie na kwestie rynku kapitałowego. Tymczasem FTSE Russel patrzy na wszystkie rynki czyli zarówno na rynek kapitałowy, jak i obligacji, walutowy, pieniężny i oczywiście także na instrumenty pochodne. Wystarczy spojrzeć zresztą na jedną z wcześniejszych analiz firmy dotyczącą Polski. Kilkanaście lat temu FTSE Russel pisał, że mamy zbyt niską płynność na rynku walutowym oraz zbyt małą ofertę instrumentów pochodnych. Teraz się to zmieniło.
Oczywiście sam rozwój gospodarki także ma znaczenie. Trudno bowiem liczyć na dużą płynność rynków w sytuacji niskiego PKB. Zatem małemu krajowi, nawet jeśli będzie relatywnie bogaty, trudniej będzie być kwalifikowanym jako rynek rozwinięty.
Co to w praktyce dla nas oznacza? Teoretycznie coś dobrego. Oto bowiem po zmianie kwalifikacji otwiera się przed nami perspektywa dostępu do kilka razy większego kapitału, tego, który inwestycje ma właśnie na rynkach rozwiniętych. Problem w tym, że nasz udział w tej grupie będzie znacznie niższy niż nasz udział w grupie państw rozwijających się. Mówiąc znowu wprost: może być tak, że zarządzającym nie będzie się chciało w ogóle zajmować Polską, bo zajmowałaby ona ułamek procenta w ich portfelach inwestycyjnych. W krótkim okresie, czyli w ciągu najbliższych miesięcy, może zatem być tak, że część kapitału z Polski odejdzie – tego, który inwestował na rynkach rozwijających się, a w to miejsce wcale nie pojawi się nikt nowy. Jednak w dalszej perspektywie w ramach, miejmy nadzieję, rozwoju naszej gospodarki napływającego do nas kapitału powinno być znacznie więcej. Ale ile i kiedy, to już zupełnie inne kwestie.
Zaliczenie nas do rynków rozwiniętych jest z pewnością sukcesem. Z jednak strony związanym z rozwojem tych rynków i pracą wszystkich tych, którzy mają na ich funkcjonowanie i życie jakikolwiek wpływ. Z drugiej także trzeba ten sukces odbierać w aspekcie rozwoju całej gospodarki.
Ale, i to jest bardzo ważne, nie należy mylić pojęć. Zostaliśmy zakwalifikowani do grona rynków rozwiniętych, a nie najbogatszych państw świata. Biorąc pod uwagę dochód na mieszkańca czy też dochód na mieszkańca z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej, jesteśmy w tej chwili w okolicach końca czwartej dziesiątki państw świata. Nie mamy się co mierzyć z najbogatszymi, typu USA, Kanada, Niemcy, Wielka Brytania czy Irlandia, w których wspomniane wskaźniki są dwa – trzy razy wyższe niż u nas. Tu dzieli nas wciąż spory dystans.
Jeśli z kolei pogrupujemy kraje świata według wskaźnika rozwoju społecznego, to Polska jest krajem bardzo wysoko rozwiniętym od dawna. Publikowana przez Program Narodów Zjednoczonych do Spraw Rozwoju lista pokazuje, że takich krajów jest pięćdziesiąt jeden. Polska jest na miejscu trzydziestym szóstym. Obok dochodu na mieszkańca według parytetu siły nabywczej uwzględnia się w nim między innymi oczekiwaną długość życia i kwestie edukacji społeczeństwa.
Czy zatem decyzja FTSE Russel ma dla nas jakieś istotne znaczenie? Jakieś ma. Trzeba się z niej cieszyć, bo jest to ewidentnie sukces całego okresu transformacji. Ale absolutnie nie jest to jakiś niesamowicie istotny moment z punktu widzenia zwiększania bogactwa polskiego społeczeństwa. Nie oznacza on, że staliśmy się, mówiąc kolokwialnie, naprawdę bogaci.
Polska krajem rozwiniętym?
REKLAMA
REKLAMA




















