Programy na kredyt

0
Marek Zuber
REKLAMA

Rząd cały czas chwali się zwiększaniem ściągalności podatków. Wielokrotnie pisałem, że co prawda nie lubię, jak się ktoś chwali, ale jakieś podstawy ku temu rzeczywiście są. 17 mld, może nawet 20 mld PLN rocznie w porównaniu z rokiem 2015, nie da się tego dokładnie policzyć, to jest coś. 17 mld czy 20 mld, ile by nie było nie wystarczy na sfinansowanie tego, co już zostało zrealizowane, nie mówiąc o nowych koncepcjach. Ale to wszystko analizowałem dość dokładnie kilka tygodni temu. Co się zatem zmieniło, ze wracam do tego tematu?
Zmieniło się to, że wreszcie także rząd, a przede wszystkim jego szef zaczęli mówić w tej kwestii konkretnie i bardziej rzeczowo. Nie kombinować, tworzyć jakieś fantastyczne teorie, udowadniać, że oto dzięki zwalczaniu mafii vatowskich będą pieniądze na wszystko i jeszcze sporo zostanie. Nie zostanie, bo cudów po prostu nie ma. Morawiecki na jednym ze spotkań w związku z toczącą się kampanią powiedział wprost, że trzeba będzie w związku z realizacją „Piątki Kaczyńskiego” zwiększyć deficyt sektora finansów publicznych i że może uda się nie przekroczyć 3% PKB. Zresztą to nieprzekroczenie ma nie wynikać z twardych zasad kontroli narastania długu tylko z tego, że Unia Europejska tego nie chce, a my jesteśmy, jak stwierdził Morawiecki, „dobrym krajem członkowskim”. Czyli nie przekroczymy tylko dlatego, że nam nie pozwalają. Mam nadzieję, że to zacytowane przeze mnie zdanie było tylko efektem retoryki wyborczej, a nie opinią byłego w końcu ministra finansów na temat kontroli finansów publicznych.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Skoro musimy dobić do maksimum długu, żeby zrealizować obietnice, to realizujemy je po prostu się zapożyczając. Czyli na kredyt. Czy w związku z tym teza, że nas na to stać jest prawdziwa?
Moglibyśmy jeszcze próbować przejść nad tym do porządku dziennego, gdyby nie jeden drobiazg. Otóż gdyby owe zadłużanie dotyczyło okresu dekoniunktury, a nie czasów, w których wzrost gospodarczy wciąż ma być szybki. Może już nie pięcioprocentowy, ale zdaniem w końcu rządowych analityków gdzieś między 3 a 4%. Czyli wciąż całkiem nieźle. Czy to jest moment, kiedy dziura w budżecie powinna osiągać maksymalne dopuszczalne poziomy? A gdzie rezerwa na gorsze czasy?
W szczególności w ogóle nie trafiają do mnie tezy, że mamy jeszcze wielkie możliwości w kwestii ściągalności podatków, w związku z tym możemy sobie pozwolić na zwiększanie wydatków. Cieszę się, że rządowi udało się osiągnąć te około 20 mld złotych rocznie. Tak na marginesie: pokazuje to, że rzeczywiście mieliśmy potężny problem. Musimy pamiętać jednak o dwóch kwestiach. O kosztach, które się wiążą z rozwiązaniami typu split paymant, czy odwrócony VAT, a które w pełni się pokażą właśnie wtedy, kiedy przyjdzie do nas silniejsze spowolnienie. I o tym, że absolutnie nie należy zakładać, tak to kolokwialnie przedstawię, że skoro udało się w trzy lata dojść do poziomu 20 mld, to przez kolejne trzy osiągniemy 40 mld. Tak to niestety nie działa.
Czy w Polsce są rezerwy z tytułu ściągalności podatków? Tak są. I to rzeczywiście pokaźne. Weźmy kwestie wielkości całej szarej strefy. Austriacki specjalista od jej szacowania prof. Friedrich Schneider twierdzi, że wynosi ona około 22% PKB i jest o około pięć punktów procentowych wyższa, niż średnia krajów UE. Najlepiej pod tym względem jest w Austrii, około 7% PKB. Gdybyśmy zatem płacili podatki tak, jak Austriacy, sytuacja naszego budżetu byłaby wyraźnie lepsza. Problem w tym, że same zakazy, nakazy i kolejne genialne pomysły naszego charakteru nie zmienią. Przynajmniej nie w ciągu kilku lat. Nie możemy zatem na bazie tego, że jest jakaś luka i że będziemy z nią walczyć dalej zwiększać wydatki. Najpierw pokażmy kolejne osiągnięcia w kwestii zwiększenia ściągalności podatków, a potem zajmijmy się wydawaniem tego, co udało się dodatkowo zebrać.
Co zatem się wydarzy? Na razie czekamy na to, co się wydarzy z minister finansów. Bo codziennie jakieś medium informuje, że się podaje do dymisji i tego samego dnia ktoś z rządu temu zaprzecza. Póki co nic nie mówi sama zainteresowana. A szkoda. W końcu to ona będzie odpowiadać zarówno za budżet na ten rok, jak i za plany przyszłoroczne. A kto ten przyszłoroczny budżet będzie musiał realizować, to już zupełnie inna kwestia.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze