Rok temu przy okazji protestu policjantów postawiłem tezę, że 2019 rok będzie rokiem wystąpień społecznych. Poprawa sytuacji wielu grup, która przecież jest widoczna dla pracowników budżetówki, musi odbić się na jej oczekiwaniach. A im bliżej wyborów, tym szansa na wywalczenie swojego jest większa. Dodatkowym bodźcem jest to, że budżetówka latami miała zamrożone wynagrodzenia w związku z załamaniem sytuacji finansów publicznych w efekcie kryzysu 2008 – 2009. Kolejny kryzys, czyli kryzys zadłużeniowy strefy euro, także odbił się na naszych finansach publicznych i opóźnił ewentualne podwyżki. Do tego dołożyły się problemy ze ściągalnością VAT-u.
Być może nacisk na wzrost płac nie byłby tak mocny, gdyby nie propaganda sukcesu uprawiana przez rząd. Wszędzie słyszeliśmy, że jest cudownie, wspaniale, że wszystko rośnie, ludziom jest lepiej, gonimy bogaty zachód. Bezrobocie spada, pracy jest coraz więcej, w efekcie widzimy wyraźną poprawę zarobków. Tymczasem spora grupa polskiego społeczeństwa, czyli spora część budżetówki tego nie doznawała. Owszem, odblokowano zamrożone fundusze płac, ale wzrost wynagrodzeń był daleki od tego, o czym słychać było w sektorze prywatnym. I czym ochoczo chwalili się poszczególni ministrowie. I czym chwalił się także premier. Mało tego, słyszeliśmy o przyznawanych sobie premiach, nie małych dodajmy, które „należą się” za dobrą pracę. Podawano o ile wzrosła ściągalność podatków i rozpływano się nad fantastyczną sytuacją budżetu. Najbardziej bawiło mnie, choć to pewnie nie jest najlepsze słowo w tym kontekście, ogłaszanie sukcesu polegającego na wygenerowaniu nadwyżki w budżecie w ciągu roku. Jakby budżet dotyczył każdego miesiąca z osobna, a nie z sumowanych dwunastu. Wystarczyło przytrzymać jakieś wydatki, żeby owa nadwyżka się pojawiła. Na koniec roku już tak dobrze nie było.
Do tego jeszcze kilka tygodni temu budżetówka usłyszała o kolejnych dziesiątkach miliardów złotych na poszerzenie programu 500+, czy też na trzynastą emeryturę. Czyli faktycznie z budżetem jest dobrze, skoro udaje się znaleźć kolejne gigantyczne środki. Bo skoro się ogłasza te programy, to na pewno ma się przygotowane ich finansowanie. Oczywiście wiemy, że w rzeczywistości tak nie jest.
Patrząc na twarde dane trudno odmówić słuszności tez o tym, że budżetówka została niejako w „tyle”. Nie chcę dyskutować, czy forma protestu jest adekwatna i czy czas jego przeprowadzenia jest właściwy. Faktem jest jednak to, że w styczniu 2014 roku, kiedy obecny cykl wzrostu gospodarki się zaczynał, przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 3805 PLN. W styczniu 2019 było to 4931 PLN, co oznacza wzrost o prawie 30%. W przypadku płacy minimalnej różnica jest jeszcze większa. W 2014 roku wyniosła ona 1680 PLN, obecnie 2250 PLN, co oznacza wzrost o 34%. Czy w takiej sytuacji można się dziwić oczekiwaniom na przykład nauczycieli? Tym bardziej, jeszcze raz warto o tym wspomnieć, że rząd tworzył atmosferę wszechrozlewającego się dobrobytu.
Tymczasem tak różowo nie jest. Różne pomysły socjalne rzeczywiście pomagają sporej części społeczeństwa. Ale kosztują. A na wszystko nie wystarczy. Pisałem już o tym, że całkowity koszt wszystkich wprowadzonych i planowanych na przyszły rok pomysłów przekracza 70 mld złotych. Jakaś część wróci do budżetu w postaci podatków, na przykład ze zwiększonej konsumpcji, ale razem ze zwiększeniem ich ściągalności, cudów tutaj już nie osiągniemy, przynajmniej połowę zabraknie. Oczywiście można się posiłkować, przynajmniej teoretycznie można, środkami z dogorywających OFE, czy z funduszu pracy, ale to są rozwiązania doraźne. Tymczasem podwyżki dla nauczycieli i – bo nie mam wątpliwości, że kolejne żądania się pojawią – innych grup społecznych nie będą jednorazowe. Jak zapewnić im stabilne finansowanie?
Rozbudzone oczekiwania
REKLAMA
REKLAMA




















