Upadek dyktatur jest zawsze podobny, a wiele elementów tego upadku ma charakter groteski, ponurej tragifarsy. To samo dotyczy także upadającego na naszych oczach pisowskiego reżimu, nazywanego też – infantylną dyktaturą. Trzeba pamiętać i czasami podkreślać, że na tle innych dyktatur z XX wieku, reżim Kaczyńskiego był nieporównywalnie łagodniejszy w stosunku do swoich „wielkich” poprzedników, w ograniczonym stopniu stosował przemoc, praktycznie nie zamykał przeciwników politycznych w więzieniach, w rozpędzaniu i tłumieniu demonstracji był powściągliwy, a sądy tylko w pewnym stopniu były dyspozycyjne. Autorytaryzm pisowski był wzorowany na systemie Orbana, oparty na korupcji, pisowskiej nomenklaturze, która służąc PiS-owi korzystała z nieograniczonej i bezkarnej korupcji. Istotnym elementem tego systemu było podporządkowanie mediów władzy i uczynienie z nich (zwłaszcza z telewizji publicznej) tuby propagandowej reżimu. Mimo braku formalnej cenzury, w mediach publicznych praktycznie mogły ukazywać się tylko materiały dogodne dla władz i dlatego trafnie nazywane były „szczujnią” lub kadzielnicą kłamstwa.
W przeciwieństwie do Węgier, gdzie prawie całe media są realizatorami propagandy władz, w Polsce na skutek obecności amerykańskiej istnieją silne media prywatne, niezależne od reżimu. To być może było jedną z głównych przyczyn wyborczej porażki. Dyktatura Kaczyńskiego opierała się także na szantażu i nepotyzmie. Nomenklatura pisowska obejmowała rodziny partyjnych dygnitarzy, korzystające w nieograniczonym stopniu z budżetu państwa. Pompowane były środki budżetowe do instytucji służalczych wobec reżimu, kupowano polityków i całe organizacje oraz korzystano z ich poparcia dla zachowania władzy. Reżim Kaczyńskiego, jak każda dyktatura, posiadał własną policję polityczną CBA, która pod pozorem walki z korupcją zwalczała przeciwników politycznych, służyła władzy, zapewniając jej bezkarność. Reżim, w przeciwieństwie np. do reżimów komunistycznych Iranu lub Białorusi, nie opanował jednak procesu wyborczego, a przekonany o własnej doskonałości, mądrości i pewnym zwycięstwie w wyborach, poniósł w nich sromotną klęskę.
Obecnie ma miejsce tragikomiczny „rząd” Morawieckiego, który udaje, że szuka większości parlamentarnej, w czym uczestniczy – a nawet jest autorem tej farsy – p. Duda, dla niektórych (bo z pewnością nie dla mnie) „prezydent”, a w rzeczywistości marionetka, niezwykle irytująca i śmieszna, wykonawca poleceń Kaczyńskiego. Ma miejsce też nowy przekaz propagandowy PiS-u, obliczony na zaostrzenie sytuacji wewnętrznej, z nadzieją na zwycięstwo w nadchodzących wyborach samorządowych i do Parlamentu Europejskiego. „Dopiero teraz zobaczymy, co to znaczy totalna opozycja. Tak bezpardonowego ataku na nowo wybrane władze, jaki już się zaczął, jeszcze Polska nie przeżywała. Machina negacji i sypania piasku w tryby wszędzie, gdzie może to zaszkodzić władzy, dopiero się rozpędza. Bez oglądania się na to, że szkodzi to Polsce i jej obywatelom. Celem jest zatrzymanie procesu utraty władzy… Szczerze oddany PiS prezydent Duda zrobi wszystko, by tak się stało”. (Jerzy Domański, „PiS pokaże, co to znaczy totalna opozycja”, „Przegląd”, 30. 10. – 05. 11. 2023 r.).
Trwa histeryczna kampania „obrony” p. Witek, skompromitowanej tak gruntownie, że jakakolwiek próba jej obrony jest daremna i żałosna, jak sama „bohaterka”. Obserwujemy coś w rodzaju propagandowej ofensywy PiS-u z udziałem – obok polityków – takich gwiazd medialnych, jak pp. Karnowski, Ogórek, Kłeczek, Zybertowicz, Wildstein, Rachoń itp. W obronie demokracji i praworządności wypowiadają się tacy obrońcy tych wartości i zasad, jak pp. Przyłębska, Legutko, Gmyz oraz specjaliści od katastrofy smoleńskiej „zdradzonych o świcie”, św. pamięci Lecha Kaczyńskiego, publicyści mediów p. Rydzyka. Cała ta medialna, ideologiczna ofensywa agonalnej fazy reżimu ma pewne podobieństwo do ostatniej niemieckiej ofensywy w Ardenach, która jak wiadomo nie odwróciła klęski III Rzeszy, a zdaniem specjalistów w efekcie gigantycznych strat przyspieszyła jej upadek oraz ułatwiła Armii Czerwonej zajęcie większych obszarów Niemiec. Nawet najstraszniejsze dyktatury w fazie agonalnej mają elementy groteski, np. Gomułka na wózku inwalidzkim odjeżdżający z gmachu KC, do którego nigdy już nie wrócił, dygnitarze Beria, Malenkow, Chruszczow na palcach wychodzący z pokoju, w którym konał Stalin i zabraniający go budzić, a przez pewien czas nawet leczyć, bo chcieli mieć pewność, że umrze. „W końcu decydują się zawiadomić ministra zdrowia, od którego żądają powołania koncylium składającego się z najlepszych lekarzy, z jednym warunkiem, by nie było wśród nich żadnego Żyda”. (Grażyna Pomian, „Bierut i jego partia”, Paryż-Lublin, 2023). Przedtem jeszcze Stalin powtarza swoim coraz bardziej przerażonym kamratom, że bez niego „wybiorą was jak ślepe kocięta” i grozi utratą zaufania, co w obliczu „spisku lekarzy” oznaczać mogło egzekucję. Fuhrer, który kilkanaście godzin przed samobójstwem sporządza wiekopomny testament, a przedtem każe rozstrzelać szwagra i bredzi o ofensywie gen. SS Steinera, która „odblokuje” Berlin, podczas gdy Steiner właśnie ucieka z berlińskiego kotła. Taką farsą jest Kaczyński proszący Hołownię o udzielenie głosu, Witek skarżąca się, że przecież nie chciano jej odwołać, a więc była dobra, czy Morawiecki, który proponuje rząd jedności narodowej i „polskich spraw”. Stalinowski zbrodniarz, ubek Adam Humer, też bronił się w podobny sposób mówiąc przed sądem, że nie było na niego skarg.
Podobna jest też konstrukcja psychiczna czy raczej psychopatyczna dyktatorów. Hitler uważał, że Niemcy na niego nie zasługują i powinny zostać unicestwione, wydaje nawet słynny rozkaz o spalonej ziemi tzw. Nero-Befehl, którego nie wykonał, bo nie chciał i nie mógł Albert Speer, i być może dlatego przeżył. W jakimś stopniu podobne stanowisko prezentuje Kaczyński, zaostrza sytuację, prowokuje nieustające awantury, podziały i napięcia oraz formułuje teorię o anihilacji, czyli unicestwieniu Polski, skoro ma nią nie rządzić PiS. W przypadku dyktatorów reprezentujących potęgę militarną i ogromne możliwości mieliśmy do czynienia z realnym zagrożeniem, w przypadku infantylnej dyktatury, która głównie kradła i kłamała, skala spustoszeń była znacznie mniejsza, ale dla społeczeństwa uciążliwa, a dla Polski degradująca. „Osiem lat rządów PiS to był straszny, depresyjny czas. Stąd teraz tyle radości, tak wiele emocji. Nastroje w PiS podobno podłe, ale jak może być inaczej. W każdym razie wszyscy są świetnie ustawieni finansowo do końca swoich dni. Oczyma wyobraźni widzę jak zmykają z urzędów, ze spółek skarbu państwa, dźwigając wory pełne łupów”. (Tomasz Jastrun, „Urojona rzeczywistość”, „Przegląd”, ibidem).
Widok Morawieckiego, który proponuje rząd polskich spraw, apeluje do mających Polskę w sercu oraz podejmuje wszystkie – a nawet więcej – pomysły opozycji, jest wzruszający, gdyby nie był podszyty podłością i strachem. I ten p. Duda nazywany prezydentem, od którego nawet ludzie zasłużeni i dzielni nie brzydzili się przyjmować orderów, a który teraz z miną ojca narodu i męża stanu grozi, poucza, rozdaje pochwały, a jest tylko żałosny i obrzydliwy. Podobnie jak pierwsza dama, wzór matki Polki, słusznie opłacana z naszych pieniędzy za służbę dla Ojczyzny, która stwierdziła, że zupełnie nie boi się prezesa Kaczyńskiego, co za szaleńcza odwaga, przy niej Kozietulski i Stauffenberg to zwykli tchórze. Mam także nadzieję, że urocza małżonka p. Morawieckiego ujawni przed Urzędem Skarbowym swój skromny dorobek, uczciwie przecież zapracowany? Jaki piękny jest świat od tamtego dnia – jak w znanej piosence.




















