Więcej władzy dla ministra rozwoju

0
Marek Zuber
REKLAMA

Rekonstrukcja rządu miała dwa oblicza. Pierwsze, bardziej strategiczne, polegało na stworzeniu Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów i powołaniu na jego szefa Mateusza Morawieckiego, czyli ministra rozwoju i wicepremiera. Morawiecki ma nadzorować wszystko to, czy prawie wszystko to, co związane jest z gospodarką. I jest to, moim zdaniem, sensowny pomysł. Abstrahuję od tego, czy Morawiecki jest najlepszym kandydatem do prowadzenia owego nadzoru, ale sama koncepcja jednoznacznego określenia odpowiedzialności i jednoznacznego przekazania decyzyjności jest dobra. Nie jest to zresztą pierwszy taki przypadek. Dokładnie tak właśnie działali Leszek Balcerowicz, czy Zyta Gilowska. Problemem dla mnie jest jednak drugie oblicze rekonstrukcji, czyli osoba nowego ministra finansów. Ale po kolei.
Dotychczasowy minister, Paweł Szałamacha, został odwołany. Nie chcę absolutnie spekulować dlaczego: czy chciał, czy został do tego zmuszony, czyli jaka była otoczka decyzji premier Szydło. Warto jednak podsumować czas jego rządów. Moim zdaniem Szałamacha obronił się podczas rocznego pełnienia powierzonej mu funkcji, choć działał rzeczywiście „na granicy”. Dla każdego, kto obserwuje polską scenę jasne jest, że przez cały czas był on pod mocną presją swoich partyjnych kolegów. Opierał się jednak tej presji dość skutecznie, zarówno przy budżecie na 2016 rok, choć ten nie był jego dzieckiem w pełni tego słowa znaczeniu, jak i przy budżecie na 2017 rok. Choć trzeba przyznać, że ten ostatni jest znacznie trudniejszy. I bardziej ryzykowny. Nie oceniam go, jako dobry, pisałem zresztą o tym, ale ocenę dostateczną można mu postawić. Bo nie jest to z pewnością budżet prowadzący do załamania finansów publicznych. Tylko „dostateczny”, bowiem nie jest adekwatny do sytuacji gospodarczej. W okresie koniunktury, a przecież taki okres obecnie przeżywamy, nie powinno się „iść po bandzie”, czyli proponować maksymalnego dopuszczalnego deficytu. Jest to do przyjęcia, ale nie jest wskazane.
Szałamacha przygotował kilka propozycji, które mogą się podobać. Największym jego sukcesem jest z pewnością istotne zwiększenie ściągalności podatków. Wszystko wskazuje na to, że do końca roku dochody budżetowe będą dzięki temu zwiększone o około 10 mld PLN. Jednym z działań, które w istotny sposób się do tego przyczyniły, było stworzenie i wprowadzenie w życie tzw. pakietu paliwowego.
Szałamachy już jednak nie ma. Jego miejsce zajął… no właśnie, Mateusz Morawiecki. Pomijam już drobną kwestię związaną z wykształceniem Morawieckiego, który jest, jak wiemy, historykiem, a to, że skończył studia MBA, czy też był prezesem banku niekoniecznie musi dawać kompetencje do zarządzania publiczną kasą. Problem jest inny. Jeśli Morawiecki ma kreować rozwój, to z tym rozwojem związane są pieniądze. Im więcej, tym lepiej. A wiemy, że za dużo ich nie ma. Z drugiej strony ten sam Morawiecki będzie księgowym, czyli będzie kontrolował wydawanie tej kasy. Czy nie jest to sprzeczność? A w najlepszym razie jakiś rodzaj schizofrenii? I przede wszystkim: po co robić taką gimnastykę? Czy nie lepiej powołać na to stanowisko kogoś innego, kto hamowałby zapędy do niebezpiecznego rozdymania wydatków? Tak po prostu, dla bezpieczeństwa?
Nie za bardzo rozumiem także tezę, że teraz Morawiecki będzie miał narzędzia do realizacji swojego planu. O jakie narzędzia chodzi? W szczególności, czy Paweł Szałamacha nie chciał ich użyć?
Tak czy inaczej teraz ma być szybciej i konkretnie. Oczywiście w kwestii działań progospodarczych. Pozostaje nam zatem czekać i analizować to, co zobaczymy.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze