„Wiem, że nic nie wiem” – takim zdaniem skwitował ostatnie pomysły rządzących jeden z moich znajomych księgowych. I trudno się dziwić. Ze świecą szukać państwa, które narobiło takiego zamieszania w swoim systemie podatkowym.
Polski Ład miał być przełomem, a okazał się… i tu można zastosować wiele mniej lub bardziej mocnych epitetów wskazujących na zamieszanie, które wprowadził. Spodziewałem się z jednej strony problemów, z drugiej niezadowolenia przedsiębiorców z nowych przepisów. Ale że już na etapie umów o pracę będziemy mieli taki bajzel, tego nie przewidziałem. A jednak… Niezadowolenie było powszechne, należało zatem zareagować nieco ostrzej, niż tylko zrzucać winę na media, które „z politycznych pobudek” rozkręcają aferę, czy na księgowych, którzy „nie radzą sobie z nowościami”. Wiemy doskonale, kto ten projekt firmował, kto twierdził, że będzie nową jakością itd. itp. Ale nie ten polityk poniósł bezpośrednie konsekwencje kompromitacji, tylko jego minister, czyli minister finansów. Tak czy inaczej rządzący postanowili projekt dopracować. Najpierw robiąc mniejsze bypassy, czyli nakładki, zmiany, korekty (znowu można sobie wybrać określenie). Podobno do połowy marca było ich już ponad osiemset, ale zweryfikowanie tej liczby nie jest łatwe, przecież większość z nich to rozporządzenia, które się jeszcze nie ukazały albo wręcz ich zapowiedzi. Rząd postawił też na swoją tajną broń, czyli ministra Sobonia. W ostatnich latach pełnił on różne funkcje, najczęściej tam, gdzie sytuacja była bardziej skomplikowana. I kilka dni temu Mateusz Morawiecki ogłosił kolejną fazę zmian w Polskim Ładzie. Biorąc pod uwagę ich ciężar gatunkowy, szczególnie skalę obniżenia PIT, można mówić właściwie o kolejnej małej rewolucji, czyli o trzecim systemie podatkowym. Jak rozumiem tym razem realizowanym właśnie przez ministra Sobonia, chociaż kto tak naprawdę odcisnął na nim swoje piętno, do końca nie wiemy. Wiemy natomiast, że jak coś ma być na korzyść podatników (i nie tylko) to głównym ogłaszającym te zmiany jest Morawiecki. Tak też było i tym razem.
Polska należy zatem do elitarnego grona – choć trudno mi w tym momencie wskazać inne kraje – państw, w których w ciągu dosłownie kilku miesięcy zaprezentowano trzy systemy podatkowe. Stary, Polski Ład i Polski Ład Prim, tak go roboczo określę (pewnie można by go było nazwać „a’la Artur Soboń”, ale nie jestem pewny autorstwa). W dodatku pierwsze dwa miały obowiązywać równolegle. Tu zresztą jest pewna wątpliwość wynikająca z tego, że ten trzeci program został na razie wstępnie ogłoszony i nie mamy jego szczegółów. Otóż jest to system działający od roku 2023, ale można się będzie w nim rozliczać od lipca 2022. To tak a propos przejrzystości… Oczywiście jest to zgodne z prawem, system działa bowiem na korzyść podatnika, może wejść w życie w środku roku. Ale w związku z tym pojawia się wątpliwość. A może będzie można sobie wybrać między każdym z tych trzech systemów? Teoretycznie nie będzie się to opłacało, bo przecież usłyszeliśmy, że Polski Ład Prim jest korzystny, ale na razie to tylko słowa. Zobaczymy, jak będzie w praktyce. To by dopiero był cyrk!
No dobrze, ktoś może mi zarzucić, że się znowu czepiam, bo po pierwsze rząd chce naprawić błędy, a pod drugie obniża podatki. Fakt, szczególnie to drugie mnie cieszy. Ale taka decyzja, ogłoszona dwa i pół miesiąca po zapowiedzi wielkiej rewolucji, wprowadza jeszcze większy mętlik. Naprawdę nie można zrobić kroku wstecz, wrócić do poprzedniego sytemu, spokojnie przygotować nowy i dopiero go wprowadzić? Na przykład od pierwszego stycznia 2023? Wiem, że oznaczałoby to cofnięcie decyzji o podwyższeniu kwoty wolnej, ale z drugiej strony początek roku i tak oznaczał wyższe podatki dla wielu osób na skutek błędów różnego rodzaju, a zatem nie sądzę, żeby taki krok rzeczywiście wprowadził jeszcze więcej negatywnych ocen dla rządzących. Jest też kilka innych pytań, choćby takie, jak rząd zamierza pokryć stratę z tytułu niższych wpływów podatkowych? Już słyszę, że przecież dodatkowe środki, które zostaną podatnikom, pójdą na konsumpcję, a z tego będą dodatkowe wpływy. Dobrze, ale nie w wysokości strat budżetowych. Takich cudów nie ma. Już pomijam to, że z makroekonomicznego punktu widzenia więcej środków do dyspozycji w okresie wystrzału inflacji to potencjalnie jeszcze wyższa inflacja. A kto pokryje koszty pracy księgowych, którzy w kółko coś muszą zmieniać, przeliczać i dostosowywać się do nowego?
No, a najważniejsze jest to: skąd ja mam wiedzieć, czy to już koniec zmian? Jak to skąd?! Bo z kręgów rządowych, bodajże dzień po ogłoszeniu Polskiego Ładu Prim usłyszeliśmy, że zmian w PIT już w tym roku nie będzie. A nie, to ok, to jestem spokojny. Jak rząd mówi, że już zmian nie będzie, to na pewno już żadnych nie będzie… na pewno…



















