Wzrost podatków i parapodatków

0
Marek Zuber
REKLAMA

„Przy odrobinie szczęścia budżet jest do realizacji”. Sam się zastanawiam, czy tego typu zdania powinny oceniać dokument, który decyduje o tym, jak będą wyglądały finanse państwa. Budżet powinien być na tyle bezpiecznie skonstruowany, żeby prawdopodobieństwo jego niewykonania było niewielkie. To właśnie dlatego budżet na 2017 rok trudno określić jako dobry. Z pewnością nie jest to budżet katastrofy, jednak nie jest również ambitny w kwestii porządkowania stanu finansów publicznych.
Największy znak zapytania dotyczy założeń makroekonomicznych oraz podatkowych. Pisałem już o tym, więc tylko krótko powtórzę. Moim zdaniem wzrost gospodarczy i inflacja są założone na dość wysokich poziomach, w zasadzie prognozy dotyczące 2017 roku są niższe, co może oznaczać niższe wpływy podatkowe. No i rząd zakłada dalszy wyraźny wzrost ściągalności podatków, co też może nie być realne. Mówimy bowiem o kolejnych 10 miliardach złotych. Kolejnych, bo w tym roku o mniej więcej tyle uda się poprawić ściągalność podatków. W budżecie 2017 nie ma w zasadzie żadnej rezerwy, także w kwestii deficaytu, który jest na granicy tego, co dopuszczalne. Przypomnę, że mówimy tu o budżecie w okresie prosperity, mamy przecież wzrost gospodarczy na poziomie ponad 3%, a nie w okresie hamowania gospodarki. Nie powinniśmy zatem poruszać się na poziomach granicznych.
2017 rok jest jednak niczym wobec wyzwania na rok 2018. Chodzi tu przede wszystkim o skutki obniżenia wieku emerytalnego. To kolejne kilkanaście miliardów złotych, które trzeba będzie znaleźć. W następnych latach będzie zresztą jeszcze gorzej, jeśli chodzi o tę kwestię. I tym przede wszystkim należy tłumaczyć pomysły związane z podwyżkami podatków, parapodatków czy innych opłat.
Rząd planuje, na przykład, wprowadzenie jednej daniny, zamiast PIT i składki ZUS. Pomysł świetny jako taki, bo upraszczający to, co jest. Mało tego: dla najmniej zarabiających ta danina ma być niższa niż to, co płacą dzisiaj. To cieszy. Jednak z drugiej strony mają wzrosnąć obciążenia dla najlepiej zarabiających. W przypadku dochodów powyżej 120 tysięcy złotych rocznie ma to być około 40%, a zatem dramatycznie więcej niż obecnie. Obok tych lepiej zarabiających na etatach problem dotknie tysięcy prowadzących niewielką działalności gospodarczą. Mam tu na myśli nie tylko prawników, lekarzy czy finansistów, ale także, na przykład, dużą część ludzi prowadzących sklepy, o których rząd tak bardzo przecież chce się troszczyć. Padają nawet takie słowa, że tylko z tytułu podwyżki daniny do budżetu ma wpłynąć ponad 15 miliardów złotych.
Dodajmy do tego wzrost cen prądu, gazu i wody, o którym mówi się otwarcie. Co prawda woda na razie nie podrożeje, bo osobiście sprzeciwiła się temu pani premier (tak na marginesie: to też trochę kuriozalnie wyglądało, dzięki jednoosobowej decyzji pani premier nie będzie podwyżki), jednak wszystko wskazuje na to, że to tylko drobne opóźnienie tego, co i tak się stanie. Te podwyżki też, tak czy inaczej, w znacznej części wpłyną do budżetu lub zmniejszą jego bezpośrednie wydatki. A zatem do tego, że będziemy musieli płacić więcej, trzeba się przyzwyczaić. Albo – i to się zapewne stanie – Polacy znowu będą kombinować. Tak jak kombinują, kupując samochody na Słowacji, gdzie nie ma akcyzy i łatwo jest odpisać 100% VAT od samochodu służbowego.
Zaczynam się tylko powoli zastanawiać, skąd ma się wziąć ten istotnie szybszy wzrost gospodarczy, o którym mówi premier Morawiecki. Koszty działalności gospodarczej wzrosną, represyjność prawa, biorąc pod uwagę ostanie pomysły, również. Czy Polacy naprawdę gremialnie zaczną zakładać nowe firmy, inwestować i – biorąc na siebie ryzyko – rozwijać się?

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze