Koncerty w Muzycznej Owczarni mają swój niepowtarzalny klimat, mają też swoją wyjątkową publiczność, która, by zobaczyć swoich ulubieńców, jest jak stowarzyszenie wtajemniczonych zjeżdżające się z różnych miejsc Polski. Jeśli przy tym weźmie się pod uwagę to, że ze względu na mikro przestrzeń przybytku jest to publiczność złożona co najwyżej ze stu osób, to owczarniane wydarzenia muzyczne nabierają charakteru mocno elitarnego. Tak też było w piątkowy wieczór 28 lutego, gdy zagrała progrockowa legenda – zespół Wishbone Ash. Tu, przy okazji, winienem podziękowania Pawłowi, który kilka miesięcy temu czuwał nad tym, bym ja też znalazł się w gronie „wtajemniczonych”, i – stosownie szybko – zarezerwował u szefa Owczarni bilety na ten wyjątkowy wieczór. Dziękuję i zmierzam już do meritum.
Do Polski band przyjechał w składzie: gitarzysta Jyrki „Muddy” Manninen, basista Bob Skeat, bębniarz Joseph Crabtree, wcześniej członek zespołu Pendragon, i najważniejszy w tym gronie – gitarzysta, współzałożyciel, filar oraz kompozytor – Andy Powell.
W oczekiwaniu na koncert zauważam, że przy stole, jakby z szacunku dla lidera, siedzi nas kilku łysoli. Ale niech tam. Mniej więcej kwadrans po dwudziestej zespół rusza.
Na początek brzmi Strange Affair, tytułowy numer z albumu z 1991 roku, a zaraz po nim Blue Horizon, utwór, od którego tytuł wzięła ostatnia, świeżo wydana płyta (niestety krążek wyprzedano podczas wcześniejszych koncertów i tym samym w Owczarni nie można było go nabyć). Blue Horizon może nie porywa, ale kiedy pojawia się charakterystyczny dwugłos gitar, robi się sympatycznie.
Po jego wybrzmieniu Powell serdecznie dziękuje publiczności i rusza z The King Will Come. Ten klasyk, który choć brzmi nieco mało przestrzennie, wzbudza aplauz, nic dziwnego, przecież najbardziej lubimy te numery, które znamy. Zgodnie z tą zasadą zaraz po nim jest Warrior, a potem Throw Down The Sword. Czuje się, że zespół się rozgrzał. Przed Rock ‘n Roll Widow Andy opowiada o Teksasie i o tym, że było tam ciężko się dogadać, bo, jego zdaniem, Teksańczycy nie mówią po angielsku.
Następnie, po rockandrollowych klimatach, zespół serwuje pięknie kołyszący kolejny klasyk w postaci Ballad Of The Beacon. Zaraz później jest najbardziej znane bluesisko grupy, czyli Baby What You Want Me To Do. W tym utworze doskonale widać i słychać, że Jyrki „Muddy” Manninen to nie byle jaki wioślarz, bo z wyczuciem stosuje technikę slide. Jego gra to nie tyle techniczny popis, ile pełne kultury artykułowanie dźwięków godne najlepszych. Po wybrzmieniu numeru rozpoczyna się piękne intro utworu The Pilgrim. Jest w nim eleganckie solo drugiej gitary i efektownie rozbudowany przez Powella temat.
Nadchodzi przyjęty z aplauzem Blowin’ Free, który po pięknym finale płynnie przechodzi w Jail Bait. Tu, nie pierwszy raz tego wieczoru, muzycy serwują błyskotliwy, ekspresyjny, ale i wysmakowany dialog gitar. W gruncie rzeczy to od ponad czterech dekad znak rozpoznawczy grupy. Nic zatem dziwnego, że publiczność reaguje nań entuzjastycznie.
Przed Lady Whiskey Manninen pyta mnie (siedzę tuż przed nim) o postać gitarzysty na mojej koszulce (t‑shirt z Festiwalu Legend Rocka). Odpowiadam, że to tylko projekt polskiego plastyka.
Koncert zbliża się do finału, przedostatnim utworem jest Persephone. Niestety, mam wrażenie, że brakuje tej wersji cudownej zwiewności, jaką miała w oryginale. Trochę szkoda.
Zwieńczeniem wieczoru jest kompozycja Deep Blues, pochodząca z najnowszej płyty. Nie jest źle, ale przecież jest tyle bluesrockowych kapel, które takie kawałki grają po prostu prawdziwiej. Nie chcę jednak się czepiać. Tym numerem nieco zmęczeni muzycy (zwłaszcza Powell) docierają do końca setlisty. Nawiasem mówiąc, krótszej od tej z Piekar Śląskich o jedną kompozycję i o dwie od poznańskiej. Trudno, ale nie zmienia to jednak odczucia, że muzycznie był to szalenie smaczny wieczór.
Aha, byłbym zapomniał. Tego wieczoru jako trzeci od końca zabrzmiał Phoenix. To wciąż szalenie intrygujący utwór z urokliwymi fragmentami. Było w nim miejsce na stosowne gitarowe solo Powella, na podniosły nastrój wykreowany przez bębny Crabtree’ego, a nawet na szczyptę reggae, co nie tylko nie przeszkadzało, ale wręcz dodawało odpowiedniego smaczku. Zawsze lubiłem ten monumentalny numer, zwłaszcza w wersji koncertowej. Także w Owczarni Phoenix wypadł znakomicie i to on powinien być zwieńczeniem tego, jak by nie było, niezwykłego koncertu.
Wishbone Ash kameralnie
REKLAMA
REKLAMA




![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)

















