Co jest Twoim największym sukcesem?
To, że wszystko sobie poukładałem w życiu. Mam fantastyczną rodzinę. W sensie zawodowym – nie muszę już brać wszystkiego, jak leci. Robię tylko te rzeczy, które wydają mi się istotne. Ale w moim przypadku nie chodzi o wielkie sprawy. To raczej sukcesiki niż spektakularne sukcesy. Minęło wiele czasu, zanim zagrałem pierwszą ważną rolę w kinie. W zeszłym roku udało mi się dokończyć fabularny debiut reżyserski. I tak: od sukcesiku do sukcesiku.
Ale tych sukcesików masz na koncie całkiem sporo. Chodzi nie tylko o aktorstwo i reżyserię, także o muzykę.
It’s only rock’n’roll!
Nie tylko, zaczynałeś przecież od operetki.
Ten epizod lubię szczególnie. Zawsze zaczynam od niego moje aktorskie CV (śmiech). Rzeczywiście, przez rok byłem etatowym solistą Operetki Warszawskiej, do której trafiłem po studiach i krótkim pobycie w zespole wrocławskiego teatru „Kalambur”. Zatrudnił mnie Jan Szurmiej. Na początku lat 90. ubiegłego wieku starał się wzbogacić profil tego teatru o repertuar musicalowy, zmienił też nazwę na Teatr Muzyczny „Roma”.
Statystowałeś czy śpiewałeś?
A jak myślisz? Śpiewałem. I to jak! W Operetce Warszawskiej obowiązywały jasno określone prawa. Ważna była hierarchia. Jako „młody”, nie mogłem na przykład usiąść przy jednym stoliku w bufecie z operetkową divą itd. Ale szybko awansowałem (śmiech). Moim największym sukcesem był tercet wokalny w „Zemście nietoperza” Straussa‑syna z największymi wówczas gwiazdami: Grażyną Brodzińską i Bogusławem Morką. Historyczny moment. Wyobrażasz sobie mnie na scenie śpiewającego głosem tenora? Delikatnie mówiąc, nie czułem się tam najlepiej. Zorientowałem się też, że nie nadaję się do jakiejkolwiek pracy w zespole, za bardzo lubię wolność. Po rezygnacji z etatu w operetce nie zaangażowałem się nigdy więcej do żadnego teatru.
Śpiewałeś kiedyś jeszcze na scenie?
Jedynie na Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Szczególnie miło wspominam spektakl w reżyserii Cezarego Studniaka – „Muzykanci wielkiego pola” z tekstami Tymona Tymańskiego i muzyką Kapeli ze Wsi Warszawa. Występowałem tam jako diabeł‑komentator.
Trafiona rola.
Fakt, mam jakiegoś diabła w sobie, który ciągle każe mi robić różne dziwne rzeczy w życiu. Pewnie to także diabeł namówił mnie, żeby w czasie studiów w szkole teatralnej we Wrocławiu założyć z kumplami kapelę. Zamiast ćwiczyć wiersz czy sceny klasyczne, postanowiliśmy zostać rockmenami. Nikt z nas nie potrafił grać na żadnym instrumencie, każdy chciał być tylko wokalistą. I ciągle kłóciliśmy się o nazwę zespołu. W końcu padło na „Bez krzywdy”. To był pomysł niejakiego Roberta Więckiewicza, który studiował wtedy we wrocławskiej PWST rok niżej ode mnie. Pamiętam nasz koncert: graliśmy na bezczelnego, pełna amatorka. Na widowni w tłumie studentów – Wojciech Waglewski, Mateo Pospieszalski i Martyna Jakubowicz – oniemiali z przerażenia. Jako założyciel formacji wywalczyłem na wokalu dwa kawałki solowe. Sala szalała. Stare, dobre czasy.
Sala nadal szaleje. Kilka miesięcy temu w teatrze „Imka” byłem na Twoim koncercie. Jako „Doktor Misio” naprawdę dajesz czadu. To był jednorazowy występ?
Skądże, mamy ambitne plany. Chcemy podbić rynek… (śmiech). Zespół tworzą starzy wyjadacze, zawodowi muzycy, średnia wieku grubo po czterdziestce. Patrzymy na świat z dystansem. Wypiliśmy w życiu kilka cystern alkoholu, mamy za sobą trochę porażek i sukcesów, wydaje nam się, że coś tam o życiu wiemy. I muzyka Dr Misio opisuje świat widziany naszymi oczami na serio, z lekkim przymrużeniem oka. Najważniejszy jest przekaz.
Robicie próby czy, jak w Twoich szkolnych latach, idziecie na żywioł?
Nie, ten czas mam już za sobą. Próby są dwa razy w tygodniu. Im więcej koncertujemy, tym większą sprawia nam to przyjemność. Euforię pierwszych występów mam za sobą. Teraz traktuję to w pełni profesjonalnie. Żadnej ściemy.
Będzie atak na listy przebojów, wyścigi z Górniak i z Dodą?
Stary, nie ta liga (śmiech). Na razie mamy singiel z utworem „Młodzi”, również do tekstu Krzyśka Vargi. Robimy teledysk. Po starej znajomości reżyseruje Wojtek Smarzowski.
Na koncercie przed mikrofonem grasz wokalistę „Doktora Misio” czy jesteś nim naprawdę?
Na początku wydawało mi się, że to można zagrać, że zrobię coś w rodzaju spektaklu, kabaretu, wykorzystam doświadczenie teatralne…
…i operetkowe.
Zwłaszcza operetkowe (śmiech). Ale to wszystko okazało się zupełnie nieprzydatne. Koncert to inny rodzaj energii, adrenaliny. Niczego nie można zagrać czy wyrecytować z pamięci, publiczność natychmiast wyczuwa fałsz, podróbkę.
Clip kręci dla was Wojtek Smarzowski. To na pewno najważniejsze nazwisko w Twojej zawodowej aktorskiej karierze. Gdyby nie „Wesele” i „Dom zły” Smarzowskiego, być może nadal byłbyś kojarzony przede wszystkim z rolą Rysia w sitcomie „13 Posterunek”.
Nie ma się co oszukiwać, przed „Weselem” byłem kojarzony przede wszystkim jako ten „debil z Polsatu”. Aktor ma tylko jedną twarz. Naprawdę nie sądziłem, że „13 posterunek” będzie miał aż taką siłę rażenia, że będę kojarzony wyłącznie z rolą wariata z rozwianymi kudłami i metalową ręką. Wpadłem do szuflady z napisem „Rysio”, z której nikt nie chciał mnie wyciągnąć. Kiedy na horyzoncie pojawił się Smarzowski, ja już prawie pogodziłem się z tym, że będę zawsze błaznem z sitcomu.
Z Wojciechem Smarzowskim spotkałeś się już w 1998 roku. Grałeś wtedy epizod w jego debiutanckiej, telewizyjnej „Małżowinie”.
Ale mnie wyciął z filmu. Zostawił tylko plecy, które widać w jednej scenie. Mimo wszystko spotkanie było owocne, bo już kilka lat później grałem Kowalskiego w Teatrze TV w „Kuracji” w reżyserii Wojtka. Potem dostałem rolę notariusza w „Weselu”. To było jak złapanie Boga za nogi. Po „Weselu” wszystko się zmieniło.
Smarzowski opowiadał mi, że na planie wyróżniasz się dziesiątkami zadawanych pytań. Wszystko chcesz wiedzieć.
Moim zdaniem te pytania idą w setki (śmiech). Niedawno z Leszkiem Dawidem kręciliśmy film „Jesteś Bogiem” o zespole Paktofonika. Kiedy na planie reżyser widzi mnie na horyzoncie, nie czekając, aż otworzę usta, mówił: „Dobra, pytaj”. I pytałem. Uwielbiam to. Dla mnie te idiotyczne momentami pytania są ważnym elementem pracy nad rolą. Zawsze zależy mi na tym, żeby możliwie jak najgłębiej zrozumieć, „wejść” w graną przeze mnie postać; by magiczna linia oddzielająca „granie” od „bycia” przed kamerą stała się niemal niewidoczna.
Właśnie w ten sposób pracowałeś z aktorami na planie debiutu reżyserskiego – „Prostej historii o miłości”?
Tak. I myślę, że aktorzy ciągną ten film. Ale metoda mieszania prywatności z „graniem” sprawdziła się. W „Prostej historii o miłości” widz cały czas nie wie, kiedy aktorzy grają swoją postać, a kiedy grają siebie. Najgorsi są reżyserzy, którzy pokazują aktorom, jak mają zagrać. Codziennie przed zdjęciami powtarzałem sobie jak mantrę: „Tylko nie pokazuj, nic im nie pokazuj, wiedzą lepiej od ciebie, jak to zagrać”.
Czego jeszcze nauczyła Cię przygoda z reżyserią filmową?
Pokory. Wiary w to, że nic w życiu nie dzieje się przypadkiem. I świadomości tego, że film to scenariusz, aktorzy i montaż. Scenariusz jest najważniejszy. Zdarza się czasem, że z dobrego scenariusza powstaje dobry film. Ze złego scenariusza nie powstanie nic. Przez dwa lata razem z Maćkiem Sobieszczańskim, autorem scenariusza, dopieszczaliśmy tekst. Wywracaliśmy materiał na różne strony. Potem casting i zdjęcia. I wtedy najważniejsi są aktorzy. Scenariusz jest tylko partyturą, którą można, trzeba zmieniać, bo aktorzy zawłaszczają tekst, przepuszczają dialogi przez siebie, dają literom emocje. Ostatni etap to montaż. Na stole montażowym tak naprawdę powstaje film. Dopiero tam zrozumiałem, jak ważny w pracy reżysera jest dystans, z jak wielu potencjalnie atrakcyjnych elementów trzeba czasami zrezygnować dla dobra filmu.
Podobno wyciąłeś całą swoją rolę? Rzadkie okrucieństwo.
Ty sobie to wyobrażasz? Wyciąć siebie z własnego filmu? Tym bardziej że byłem współproducentem. Mogłem się podlansować. Rok czasu zajęło mi zrozumienie, że to nie ja jestem bohaterem tej „prostej historii”, tylko Aleks (Rafał Maćkowiak) i Marta (Magda Popławska). W trakcie montażu uznałem, że dla filmu będzie lepiej, jeżeli moja postać stanie się narratorem komentującym przebieg akcji spoza kadru. Realizacja filmu zajęła cztery lata. „Prostą historię o miłości” skończyłem w depresji, z długami, ale mimo wszystko pełen nadziei.
Początkowo nic nie zapowiadało sukcesu. „Prosta historia…” nie zakwalifikowała się nie tylko do konkursu głównego festiwalu w Gdyni, ale także do festiwalowej „Panoramy”. A jednak film pokazywany w bocznym konkursie „kina niezależnego” został nagrodzony, zebrał świetne recenzje, trafił do dystrybucji kinowej i DVD.
Happy end. Kiedy na początku pytałeś mnie o największy życiowy sukces, powinienem powiedzieć, że mam w życiu szczęście. To naprawdę ważne – mieć farta. Farta do ludzi, ról, zdarzeń.
W teatrze „Imka” Tomasza Karolka występujesz w monodramie „Ja” w reżyserii Michała Siegoczyńskiego.
Michał miał oryginalną koncepcję pracy nad tym spektaklem. Punktem wyjścia była dla nas „Tequila” Krzyśka Vargi, ale z czasem oddalaliśmy się od tekstu literackiego, skupiając na własnych wspomnieniach, historiach. „Ja” to rodzaj gry z konwencją teatralną. Zaczyna się jak komedia, stand‑up, ale z czasem spektakl zamienia się w coś poważniejszego. Staje się rodzajem intymnej spowiedzi, w ciągu godziny bohater zdejmuje z siebie kolejne płaty skóry. Bardzo osobista rzecz.
Masz jeszcze jakieś marzenia?
Nie. Bo wszystkie spełniam po kolei. Nawet gwiazdą rocka zostałem.
Szczerze? „Doktor Misio” nie wygląda, niestety, jak gwiazda rocka.
Przełamuję stereotypy. Jestem sexy inaczej.
W „Jesteś Bogiem” Leszka Dawida grasz Gustawa Szepke, menadżera „Paktofoniki”. Byłeś fanem tego zespołu?
Nie, akurat „Paktofoniki” i w ogóle hip‑hopu nie słuchałem. Podobnie zresztą jak prawdziwy Gustaw Szepke, który proponując Magikowi i reszcie zespołu swoje usługi, powiedział: „To nie jest mój ulubiony rodzaj muzyki, ale energia, która z was emanuje, to jest to! ”. Nie rozumiał tego, co grała Paktofonika, ale czuł w tym prawdę, głos pokolenia. Nic dodać.
Masz dwóch synów – Jakuba i Jana. Jakiej muzyki słuchają?
Starszy ma 13,5 roku i słucha oczywiście rocka. Jego idolem jest Kazik i zespół Dezerter. Kolekcjonuje płyty Led Zeppelin, Iron Maiden…
A co z „Hannah Montana?
Bardzo by się obraził na to pytanie.
Twoja żona, aktorka Agnieszka Matysiak, na pewno ma was dosyć. Domyślam się, że w mieszkaniu ciągle jest łomot.
Tato próbuje łoić poza domem, ale synek czasami daje czadu. Uczy się grać na gitarze. Elektrycznej!
Agnieszka jest jedną z najlepszych w Polsce reżyserek dubbingu, to właśnie jej talentowi zawdzięczamy m.in. dubbing serii o „Harrym Potterze”. Ty również przez jakiś czas występowałeś jako aktor dubbingowy.
Dawne czasy. Najmilej wspominam rolę Diabła Tasmańskiego.
Rola szyta na miarę?
Na to wygląda. Mówiłem, że we mnie jest diabeł.
























![CZŁOWIEK W KAGAŃCU – WSPÓŁCZESNY NIEWOLNIK [WYWIAD] Człowiek w kagańcu](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2021/02/maxresdefault-17-100x70.jpg)