Ks. Grzegorz Kozioł jest tarnowskim misjonarzem, który po dziewięciu miesiącach przygotowań w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie, w sierpniu 2021 r. udał się na misje na Kubę. Działo się to wszystko w trakcie pandemii koronawirusa, dlatego po wylądowaniu w Hawanie odbył tygodniową kwarantannę, po czym udał się samochodem do Santiago de Cuba, czyli miejsca, gdzie posługuje do dziś.
– Jeżeli zapyta się misjonarzy o to, który region świata jest najtrudniejszy do pełnienia posługi misyjnej, to wielu wskaże Kubę, a nie kraje afrykańskie. Ja jednak nigdy nie miałem obaw co do tego, jak będzie wyglądała moja misja, chociaż nie ukrywam, że w pierwszych dniach pobytu byłem zszokowany. Czytałem o Kubie w książkach, słuchałem opowiadań znajomych, jednak dopiero na własnej skórze przekonałem się, jak w bardzo komunistycznym państwie przyjdzie mi żyć – mówi ks. Grzegorz Kozioł.
Arcybiskup jako miejsce posługi wyznaczył mu wspólnotę przy kościele pw. Chrystusa Króla. Dodatkowo ks. Grzegorz odwiedza wspólnoty obecne w 28 wioskach położonych wzdłuż wybrzeża między Morzem Karaibskim a szczytami gór. – Ludzie na Kubie żyją w bardzo skromnych warunkach. Inflacja jest olbrzymia. Kilka lat temu 1000 kubańskich peso wystarczało, aby przeżyć dwa miesiące. Teraz ledwo wystarcza na dwa dni. Turystyka, która jakiś czas temu działała na niezłym poziomie, obecnie zamarła. Zdarza się, że w hotelach brakuje wody w kranie. Jeżeli następuje awaria prądu, naprawiona zostaje dopiero po 2‒3 dniach. Prowadzimy w parafii kuchnię dla ubogich. Jeżeli brakuje prądu, pojawia się problem, aby przygotować posiłek. Możemy kupić butlę gazową, jednak jej cena sięga wówczas astronomicznych kwot. Mamy problem z zakupem lekarstw. Zdarza się, że na karetkę pogotowia trzeba czekać 16 godzin – opowiada ks. Grzegorz Kozioł.
Na ulicach nie jest zbyt bezpiecznie. – Kradzieże i napady zdarzają się codziennie. Łupem złodziei padają przede wszystkim motocykle, które są tu bardzo cenne. Wybory wygrywa zawsze jedna i ta sama partia komunistyczna, a to dlatego, że w konstytucji tego kraju widnieje zapis, iż w wyborach nie może startować żadne inne ugrupowanie.
Wiedza religijna mieszkańców Kuby jest niewielka, ale wraz z brakiem tej wiedzy w parze idą szczera wiara i otwarte serca na poznanie Boga. Na Kubie występuje całkowity brak tradycji w realizowaniu praktyk religijnych. Jednak wielu dorosłych przyprowadza swoje dzieci z pragnieniem udzielenia im chrztu. – Praktykujących katolików na Kubie jest około 3 proc. Wiarę buduje się od podstaw. Pomimo tego, na niedzielnej mszy św. potrafi pojawić się blisko 200 osób – tłumaczy misjonarz z Tarnowa. – Na terenie parafii pw. Chrystusa Króla, gdzie pracuję, w każdym z trzech kościołów odbywają się katechezy. Najlepszym dniem ku temu jest sobota. Przed spotkaniem wybieramy tematy, które będziemy omawiać w danym tygodniu. Liczba dzieci się zmienia. Zależy ona w głównej mierze od rodziców.
Zazwyczaj jest od kilkunastu do około 50 dzieci. Spotkanie trwa zwykle dwie godziny. Dzieci uczą się m.in. tego, czym jest różaniec. Elementem kubańskiej katechezy jest merienda, czyli poczęstunek. Wiele dzieci przychodzi na spotkania, będąc bez śniadania. Zapewniam im wówczas kawałek ciasta i oranżadę lub też zwykłą bułkę z majonezem. Nie da się ukryć, że będąc na Kubie wśród ubogich, mam wrażenie, że znajduję się najbliżej Chrystusa, który błogosławi, wspiera, leczy i daje nadzieję. Gdy nie masz nic, wtedy zostaje tylko Bóg, a On najbardziej otwiera serca tych, którzy wiedzą, co to znaczy być ubogim.
Najbliższe Święta Bożego Narodzenia będą czwartymi, jakie ks. Grzegorz Kozioł spędzi na Kubie. Misjonarz z Tarnowa nie ukrywa, że znacznie różnią się one od tych, które obchodzimy w Polsce. – Ozdoby świąteczne pojawiają się w kubańskich sklepach już w listopadzie. Nie ma tu tradycji śpiewania kolęd ani św. Mikołaja. Kubańczycy wręczają sobie prezenty na Święto Trzech Króli. Choinki ubierane są 8 grudnia, czyli w dniu, kiedy obchodzimy uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Drzewka przystrajane są bibułkami lub sreberkami. Sam najczęściej spędzam święta w kubańskich wsiach. Klimat jest niesamowity i bardzo przypomina Betlejem. Niewielkie drewniane domy zamieszkują pasterze, którzy opiekują się zwierzętami gospodarczymi, przede wszystkim kozami. W Wigilię trudno spodziewać się stołów zastawionych jedzeniem. Po raz kolejny daje o sobie znać ubóstwo. Pamiętam opowieść młodej dziewczyny, która mówiła, że podczas ostatnich świąt od 24 grudnia do 1 stycznia jej rodzina miała tylko dwie bułki z oliwą i wodę z cukrem. Nieco bardziej majętne rodziny oszczędzają pieniądze przez cały rok, by na Nochebuena, czyli Wigilię, zjeść pieczoną wieprzowinę z ryżem, fasolą i bananami. Taka świnia pieczona jest nad ogniem rozpalonym na ulicy. Trwa to około 8 godzin – opowiada ks. Grzegorz Kozioł.
























