Dzień św. Walentego – dzień zakochanych albo… dzień jak co dzień. Niezależnie od tego, jakie kto ma plany na 14 lutego, to i tak skazany jest na widok wszechobecnych serduszek, amorków, misiów i różyczek. – Widok jest tak słodki, że aż mdli – mówi Adam, informatyk. – Skomercjalizowane święto rodem z Ameryki ma tylko jeden cel – napchać portfele firmom zajmującym się walentynkowym biznesem. Ja w tym udziału nie biorę. Nie będę 14 lutego zagryzał w kinie popcornem „Planety singli”. Na szczęście mam dziewczynę, która myśli podobnie. Zaproponowała, żebyśmy spędzili ten dzień pod kołdrą i obejrzeli „Casablankę”. I to jest propozycja nie do odrzucenia.
Walentynki mają tyle samo zwolenników co przeciwników. – Nie oszukujmy się, tego typu okazje nie wymagają od nas niczego wyjątkowego. Wystarczy wstąpić do sklepu, kupić czekoladki w kształcie serca lub czerwoną różę w kwiaciarni. Wręczyć upominek wybranej osobie, powiedzieć kilka miłych słów i po wszystkim – tłumaczy Marek, urzędnik. – Ja mam awersję do walentynek, moja narzeczona o tym wie, ale 14 lutego zawsze wręczam jej coś, co jest słodkie i czerwone równocześnie. I po raz kolejny przekonuję się, jak niewiele potrzeba do szczęścia.
Krystyna ma dorosłe dzieci i od 38 lat tego samego męża. – Wiem, że walentynki to święto mocno komercyjne, ale z kalendarza bym go nie wykreśliła. Miłych gestów nigdy za wiele. To może być przytulenie, jedna róża, butelka wina do kolacji. I tak to u nas wygląda. Mąż daje mi czerwoną różę, taką samą wręcza naszej córce i mówi: „Dla moich walentynek.”
Sposobów na wspólne spędzenie dnia zakochanych jest wiele. Pewniaki to: romantyczna kolacja przy świecach, wyjście do teatru lub kina, niebanalne menu w przytulnej restauracji. – Kupiłem bilety do teatru – zdradza Krzysztof, nauczyciel przedmiotów humanistycznych. – Rok temu w „Bagateli” obejrzeliśmy z żoną z okazji walentynek zupełnie niewalentynkowe „Szalone nożyczki” i świetnie się bawiliśmy. Teraz wybieramy się na „Piękną Lucyndę” do Tarnowskiego Teatru, mamy też zamówiony stolik w restauracji. Dzieci zostają z teściową.
Dorota i Kamil, młode małżeństwo, jadą do Łodzi. – Powód jest banalny. Nigdy w Łodzi nie byliśmy, a jesteśmy jej ciekawi. Spędzimy tam dwa dni, pospacerujemy, pozwiedzamy, napijemy się kawy na Piotrkowskiej – tłumaczą.
– Walentynki wypadają w niedzielę, więc weekend jest nasz… – cieszy się Mateusz, właściciel małej firmy. – Kierunek – Wierchomla. Najpierw narty, potem SPA, to pomysł żony. Powiedziała, że chce doświadczyć masażu świecą aromatyczną, ja wolę pójść na basen.
Licealiści Natalia i Tomek, w związku od lat dwóch, kilka dni temu wspólnie wybrali i kupili kłódkę. Teraz są na etapie grawerowania swoich imion i serca. 14 lutego wybierają się na kładkę nad tarnowskim Wątokiem, by przypieczętować swoją miłość. – Kłódkę przypniemy do żeliwnej barierki, kluczyk wrzucimy do wody. Myśleliśmy nawet, żeby zabrać ze sobą butelkę szampana, ale obok jest siedziba straży miejskiej, więc nie ma co ryzykować – wyjaśnia Tomek.
Walentynkowe zakupy trwają na całego. – Zamówiłam w internetowym sklepie bluzy dla zakochanych. Mój chłopak powtarza, że walentynki są przereklamowane, ale dres do chodzenia po domu przyjmie. Na mojej bluzie pisze „Po prostu zakochana w nim”, a na jego „Po prostu zakochany w niej” i strzałka, żeby było wiadomo, o kogo chodzi – tłumaczy Ania, uczennica tarnowskiego technikum. – Ja się spodziewam czerwonej różny. Będę zawiedziona, gdy jej nie dostanę. Maciek od tygodnia szuka dla swojej dziewczyny fajnej koszulki nocnej, Grzesiek kupił dwa kubki i dwa talerzyki w serduszka i obmyśla co podać na kolację, którą zamierza sam przygotować. – Prawdopodobnie będą to udka w miodzie i karmelizowane gruszki z mascarpone.
– Ja działam bezkosztowo – zdradza Bartek. – Spacer w blasku księżyca zawsze robi wrażenie. Byle tylko pogoda dopisała…
Co robić w walentynki?
REKLAMA
REKLAMA
























