Dni, które wstrząsnęły Paryżem

0
paryz
Fot. Tadeusz Koniarz
REKLAMA

Nic nie zapowiadało tragedii
Paryż 13 listopada, piątek. W mieście widać późną jesień, choć jest znacznie cieplej niż w Polsce. Słoneczny koniec tygodnia nie wróży żadnej tragedii. Wieczorem na paryskich ulicach pojawia się sporo ludzi, siedzą w kawiarniach, jedzą i popijają wino, śmieją się i rozmawiają. Podobnie jest w ulubionej przez młodych, modnej ostatnio 11. dzielnicy, gdzie licznych bywalców przyciągają knajpki położone blisko urokliwego kanału Saint Martin. Życie towarzyskie toczy się nawet na pobliskich murkach, na których paryżanie i turyści piknikują, spoglądając na pływające po wodzie niewielkie statki.
Tadeusz Koniarz, filmowiec i fotoreporter z Tarnowa, jest w Paryżu już kolejny raz, przez cały dzień spaceruje po paryskich ulicach i robi zdjęcia. Wieczorem staje przed oświetloną wieżą Eiffla i nagle słyszy dźwięk telefonu.

Dzwoni ktoś z rodziny, z Polski.
– Co robisz, jesteś cały? Nic nie wiesz? Przecież w Paryżu był zamach! – słyszy w słuchawce.
Od tego momentu wszystko się zmienia. Jedzie do mieszkania swojej przyjaciółki i wymienia baterie w aparacie fotograficznym. Nadal chce robić zdjęcia, ale tam, gdzie dzieje się coś ważnego.
– Wahałem się: może nie jechać, bo jest niebezpiecznie i po co się narażać, ale z drugiej strony doszedłem do wniosku, że jednak powinienem, bo jestem na miejscu i warto zebrać materiał – opowiada.
Pojechał samochodem, ponieważ kilka stacji paryskiego metra było już zamkniętych. Potem okazało się, że zablokowane są również ulice, dlatego wysiadł z auta i poszedł w kierunku miejsca, gdzie do ludzi strzelali terroryści. Kiedy dotarł do wąskiej uliczki rozdzielającej dwie kafejki i pralnię, było około godziny 1.30.
– Teren ogrodzono na odległość 200 metrów, nie można było dojść do żadnego domu. Stały tam radiowozy i samochody pancerne, były wszystkie służby policyjne, straż pożarna, żandarmeria, ambulanse medyczne. Lekarze, ludzie w kaskach i kamizelkach kuloodpornych, technicy kryminalistyczni w białych uniformach, którzy zbierali ślady. Była noc, większość mieszkańców spała, ale jakaś grupa paryżan wracała z imprezy. Nic nie wiedzieli o zamachach i zastanawiali się, dlaczego nie mogą przejść dalej do swojej dzielnicy. Musieli obchodzić naokoło ogrodzony teren – relacjonuje Tadeusz Koniarz.
Później postanowił jechać pod klub muzyczny Bataclan przy Boulevard Voltaire, również w XI dzielnicy, gdzie – jak następnego dnia podały media – w atakach terrorystycznych zginęło najwięcej ludzi.
– Chcąc zrobić zdjęcia ,musiałem okrążyć teren, bo lewa strona była zastawiona stojącymi w szeregu chyba pięćdziesięcioma autobusami. Jedne dowoziły policjantów, drugie wywoziły ocalałych ludzi z klubu. W sąsiednich kawiarniach opatrywano rannych i rozdawano ocieplające okrycia. Był strach, zamieszanie i niedowierzenie w to, co się stało – mówi.

REKLAMA (3)

Po nocy przyszło przerażenie
Sobota, 14 listopada. Paryżanie budzą się w zupełnie innej rzeczywistości. W całej Francji jest stan wyjątkowy, co oznacza zamknięcie granic, policyjne przeszukania i zakaz zgromadzeń. Mimo weekendu na paryskie ulice wychodzi mniej niż zwykle mieszkańców i turystów. Ci, którzy się na to decydują, zmierzają wprost do miejsc, gdzie w nocy zginęli ludzie. W ciszy zapalają znicze, składają kwiaty, modlą się. Na ich twarzach widać łzy, smutek i przygnębienie. Wielu jeszcze nie dowierza, inni zastanawiają się, jak do tego doszło, dlaczego właśnie tu, jak w ogóle można coś takiego zrobić.
– Francuzi są bardzo uczuleni na punkcie wolności, zresztą Polacy też pewnie by się buntowali, gdyby ktoś do nich strzelał – zauważa Tadeusz Koniarz.
Może dlatego tak wielu paryżan – mimo zakazu zgromadzeń – zebrało się następnego dnia na Placu Republiki.
– Pojechałem tam po południu – opowiada nasz rozmówca. – Było mnóstwo ludzi, nie tylko Francuzów. Pewien mężczyzna – jak się później okazało dziennikarz z Bangladeszu – wdrapał się na Statuę Republiki, stojącą pośrodku placu, i zawiesił francuską flagę. Jakiś Hiszpan grał na gitarze, tuż obok mnie grupa dziewczyn z Haiti złożyła kwiaty. Ludzie nosili transparenty, ściskali się, śpiewali Marsyliankę i paryskie piosenki. Wieczorem zaczęto palić znicze, dominowała refleksja i zaduma. Jednak w pewnym momencie całe to zgromadzenie przerwały wybuchy, jakby strzelanie snajpera. Był chaos, każdy uciekał lub chował się, gdzie tylko się dało, łącznie z dziennikarzami, którzy pozostawili swoje laptopy i kamery na środku placu.
Na miejscu błyskawicznie pojawili się żandarmi, policjanci, saperzy i antyterroryści w pełnym rynsztunku. Na rozwój sytuacji czekali ludzie ukryci między stojącymi na parkingach samochodami, pod ławkami, za murem, drzewami i przy wejściu do najbliższej stacji metra. Policjanci otoczyli również pobliskie ulice.
– Gdy funkcjonariusze ruszyli w ich kierunku, podążyłem za nimi i przez cały czas robiłem zdjęcia. Doszedłem do placu, skąd dochodziły wybuchy. Okazało się, że ktoś odpalał petardy. Było to trochę dalej od zgromadzonych na placu ludzi, ale na tyle blisko, by ich wystraszyć. W tym samym czasie to samo wydarzyło się w innym miejscu Paryża – opisuje tarnowianin.
Tadeusz Koniarz mówi, że Paryż powoli powraca do dawnego życia: dzieci puszczają statki w kanale Saint Martin, a mężczyźni zwyczajowo grają w kule. Jednak do normalności jeszcze daleko, wozy rozmaitych służb nadal jeżdżą na sygnałach w dzień i w nocy, wzmocniono też posterunki wojskowe przy zabytkach i obiektach żydowskich. Wśród mieszkańców pozostało przerażenie i napięcie. Przybywa zniczy i kwiatów w miejscach, gdzie doszło do tragedii. Pojawiają się tablice z napisami zachęcającymi do walki z przemocą, jednoczenia wszystkich ludzi przeciwko terroryzmowi i pozostawienia Paryża takim, jaki jest.

REKLAMA (2)
Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze