Dorota ma 40 lat, choć wygląda znacznie młodziej – szczupła, trakcyjna blondynka już od sześciu lat jest rozwódką, wychowuje nastoletniego syna i dziewięcioletnią córkę. Mieszkają w jednej z poddąbrowskich wsi w wynajętym domku, Dorota jest nauczycielką.
– Pracowaliśmy z mężem w jednej szkole, byliśmy dobrym małżeństwem, kochaliśmy się i wspieraliśmy, dopiero po ślubie kończyliśmy studia, w wychowaniu dzieci pomagali nam rodzice. Wszystko układało się szczęśliwie do czasu, gdy w szkole pojawiła się nowa pracownica świetlicy. Z wyglądu żadne cudo, ale przypadła do gustu mojemu małżonkowi – coraz częściej zachodził do świetlicy, rozmawiali, pomagał jej znaleźć się w nowym miejscu pracy – opowiada Dorota. Kiedy pytała Wojtka o świetlicową, zbywał ją półsłówkami, ale z upływem czasu sytuacja stawała się coraz poważniejsza. Do domu wracał coraz później, nagle wypadały mu jakieś ważne wyjścia i wyjazdy, dawał coraz mniej pieniędzy na utrzymanie domu.
– Byłam zazdrosna, noce spędzałam w fotelu, czekając na męża, ale nie robiłam scen, łudziłam się, że jakoś się ułoży. Najczarniejszy scenariusz spełnił się, kiedy powiedział, że odchodzi i chce rozwodu. Spakował rzeczy i wyprowadził się, pani świetlicowa była bogatą panną i miała swoje mieszkanie – mówi Dorota.
Rodzina i znajomi Doroty – wszyscy zgodnie orzekli, że gdyby była dobrą żoną, Wojtek nie szukałby atrakcji na boku.
– Codziennie zadawałam sobie pytanie, co się stało, dlaczego nie potrafiłam utrzymać męża przy sobie, winiłam samą siebie, czułam się nieatrakcyjna i nic niewarta. Zabolała zdrada najlepszej przyjaciółki, która powiedziała, że nie mogę teraz przychodzić do niej do domu, bo obawia się, iż jako wolny strzelec mogę podrywać jej męża – zwierza się kobieta.
Sprawą bardziej poważną okazało się ułożenie sobie życia na nowo, dzieci były małe, musiała je zawozić do szkoły i przedszkola, utrzymać dom z jednej pensji. O alimenty starała się ponad rok, Wojtek pisał odwołania i uzasadniał, że nie może jej płacić tyle, ile ona chce, tym bardziej iż niedługo jego nowa partnerka miała urodzić dziecko.
– Po rozstaniu nie mogłam pracować w jednej szkole z byłym mężem i z tą kobietą – wzięłam roczny urlop na podratowanie zdrowia. Ale było jeszcze gorzej, brak stałego zajęcia rozstroił mnie kompletnie, zapisałam się na terapię, pomogły mi dopiero leki na depresję. Minęło już wiele lat, ale nie udało mi się do tej pory poskładać życia na nowo. Ale cierpię nie tylko ja, dzieci też lekko nie mają – ojciec nie interesuje się nimi, bardzo rzadko się z nimi spotyka, chyba już nawet zapomniał, kiedy obchodzą urodziny. Zazdroszczą kolegom, którzy wyjeżdżają z ojcami na wycieczki i chodzą z nimi do kina. Syn nie ma już nadziei, że coś się zmieni w jego relacjach z ojcem, córka się nie poddaje, ale czasem płacze do poduszki.
* * *
Beata i Darek razem studiowali, jako inżynierowie szybko znaleźli pracę – on w Tarnowie, ona w Dąbrowie Tarnowskiej. Rok po ślubie urodził się syn, trzy lata później córka. Kasia urodziła się z zespołem Downa. – Kiedy Darek zobaczył dziecko, wpadł w rozpacz, a kiedy wyszłam z małą ze szpitala, stwierdził, że choroba córeczki to moja wina i on nie będzie takiego „wybrakowanego” dziecka wychowywał. To był cios poniżej pasa, ale nic nie mogłam zrobić. Spakował się i wyprowadził – wspomina Beata.
Na rozpacz jednak nie było czasu. Okazało się, że dziewczynka ma poważną wadę serca, jeszcze w niemowlęctwie przeszła dwie poważne operacje. Kobieta była zmuszona zwolnić się z pracy – nie chciała zostawiać Kasi z opiekunkami, a jej matka była zbyt chora, aby jej pomóc.
– Do ósmego roku życia córka rozwijała się dobrze, nauczyła się pisać, czytać, ubierać, myć. Dużo czytała, szybko uczyła się na pamięć tekstów. Potem nagle zaczęła się cofać. Chodziłam z nią na zajęcia dla niepełnosprawnych, ale nic jej nie interesowało. Zaczęła bardzo tyć, kiedy miała 14 lat ważyła prawie sto kilogramów, musiałam chować przed nią jedzenie – opowiada Beata.
Na rachunki, jedzenie, rehabilitację, stałą opiekę lekarzy i związane z tym wyjazdy brakowało pieniędzy. Żyła z zasiłku na Kasię, czasem dostawała parę groszy z opieki społecznej, na szczęście mogła liczyć na pomoc mamy.
– Gdyby Darek zgodził się na rozwód, wtedy świadczenia miałabym większe, ale on twierdził, że jest katolikiem i moje pozwy lądowały w koszu. O alimenty stoczyłam kilkuletni bój i dostałam 300 złotych. Sytuacja się zmieniła dopiero wtedy, gdy syn poszedł na studia, sam złożył pozew w sądzie rodzinnym i dostał pieniądze. Ojciec odwoływał się parę razy, ale bez skutku – mówi kobieta.
To niejedyne trudności, jakie robi jej mąż – niedawno przypomniał sobie, że mieszkanie, które zajmują Beata z Kasią, jest ich wspólne i wystąpił do sądu o podział majątku. – Gdy sąd przyjmie jego wyjaśnienia, aby zostać w mieszkaniu, będę musiała wypłacić mu połowę jego wartości, a to jest niemożliwe. Kasię czeka poważna operacja biodra, potem będzie rehabilitacja, za którą będę musiała zapłacić, bo na terminy w szpitalach trzeba czekać kilka lat. Jestem zrozpaczona – wyznaje ze łzami w oczach Beata.
























