Munduru żal…

0
zolnierz
Tomek Bankiewicz w trakcie patrolu w afgańskiej wiosce…
REKLAMA

Polowy mundur, wojskowa, wypłowiała od słońca bluza, medal Gwiazda Afganistanu i tytuł skoczka spadochronowego Wojska Polskiego, Bundeshwery i Armii USA – tyle Tomkowi zostało po kilkunastoletniej życiowej przygodzie z wojskiem.

I wspomnienia, dużo wspomnień dobrych i złych. Niektóre nie dają mu spać po nocach i dręczą za dnia. Jest też w Tomku dużo zawiedzionych nadziei i żal, że nie założy już bordowego beretu ani nie skoczy ze spadochronem.
– Choroba, która spadła na mnie jak grom z jasnego nieba, uniemożliwiła mi dalszą służbę w wojsku, a to tak, jakbym stracił rękę. Kiedy dotarło do mnie, że nie założę już munduru, nie mogłem podnieść się z łóżka przez parę dni, myślałem, że oszaleję. Staram się tłumaczyć sobie, że to nowe rozdanie w moim życiu, zajmuję się dziećmi, mam psa, łowię ryby, często przyjeżdżam do domu na wsi, gdzie ostatnie lata życia spędziła moja mama. Łatwo nie jest, zawsze byłem żołnierzem i czuję, że tak będzie do końca moich dni – opowiada Tomek Bankiewicz.
Ma 38 lat, ciemne włosy, przystojny, choć na twarzy widać ślady choroby. Kilka miesięcy temu przeszedł ostry zawał, lekarze stwierdzili 42‑procentowe uszkodzenie mięśnia sercowego, pracować fizycznie nie może, przynajmniej na razie. Pochodzi z Bochni, jego ukochanym miejscem jest drewniana chałupa w Porąbce Uszewskiej w gminie Dębno.
Tomasz przez blisko 12 lat służył w VI Brygadzie Powietrzno‑Desantowej w Krakowie, szkolił się w wielu jednostkach wojskowych w Polsce i w USA, dwukrotnie był na misjach w Afganistanie.
– Kiedy w 2005 roku założyłem bordowy beret, byłem dumny jak paw, zawsze było to moim marzeniem, a miłość do samolotów i skoków spadochronowych zaszczepił we mnie mój ojciec. Przed pierwszym skokiem prawie przez całą noc nie zmrużyłem oka, bałem się, a zarazem nie mogłem się już doczekać. Serce łomotało mi jak oszalałe, najgorsze były chwile dzielące wyskok z samolotu od rozłożenia się czaszy spadochronu. Wtedy zaczęły się moja wielka miłość i pasja, które trwają do dzisiaj – wspomina mężczyzna.
W ostatnim roku ubiegłego wieku Tomek dostał powołanie do zasadniczej służby wojskowej, służył w Dziwnowie i w 8. Kołobrzeskim Batalionie Saperskim Marynarki Wojennej. Od razu wiedział, że wojsko to jego żywioł, chciał zostać, ale nie udało się. Broni nie złożył i pięć lat później, po szczegółowych testach sprawnościowych i psychologicznych, ponownie założył mundur i podpisał 12‑letni kontrakt z krakowską jednostką. Pierwszy kurs, jaki zrobił, pozwolił mu na sprawne poruszanie się wojskowym hummerem. W 2007 roku zgłosił się jako ochotnik do Afganistanu.
– Rodzice i żona wyrzucali mi egoizm, ale chciałem spróbować. Koledzy z jednostki wracali z Iraku, ich opowieści zachwycały, a chęć sprawdzenia się na prawdziwym polu walki była nie do przezwyciężenia. Kolejnych kilka miesięcy spędziłem na poligonach, gdzie pracowaliśmy w warunkach podobnych do tych, jakie panowały na misjach. Po przylocie do Afganistanu przebywałem w kilku bazach wojskowych, najdłużej byłem w Khwasa. Pracowałem jako kierowca, jeździłem na patrole, brałem udział w kilku dramatycznych akcjach, ale wojny nie widziałem – mówi Tomek. I nie ukrywa, że jednym z motywów wyjazdu do Afganistanu były pieniądze. – Remontowaliśmy dom, marzyliśmy o kupnie auta, mieliśmy ponad 30 tysięcy złotych długów, wszystkiego sobie odmawialiśmy. Chciałem zarobić i wyjść z kłopotów, pojechałem z miłości do żony i dzieci. Następnego dnia po powrocie poszedłem z córeczkami do sklepu z zabawkami, nie odmówiłem im niczego.
Po roku zdecydował, że znowu pojedzie do Afganistanu, tym razem wylądował w Ghazni. Na pytanie o przebieg służby milknie, po chwili po jego twarzy zaczynają płynąć łzy.
– Przerosło mnie, wróciłem do domu połamany… Do dzisiaj po nocach mam koszmary, pobyt tam był bardzo trudny, ciągle bałem się o swoje życie, byłem ranny. Śmierć jak postać z koszmaru stale się pojawiała i zabierała wielu ludzi, także tych bliskich. Tomek przyznaje, że te dramatyczne przeżycia miały wpływ na rozpad jego małżeństwa, stał się nerwowy, a natrętnie powracające wspomnienia spowodowały bezsenność i depresję, mówi, że bardzo się stara, ale nie udaje mu się odrzucić ich i zapomnieć.
Mimo kilkunastu lat służby nie udało mu się awansować, stale brał udział w kursach, szkoleniach, wreszcie w misjach w Afganistanie.
– W 2011 roku zostałem wysłany na elitarny kurs Heavy Airdrop Rigging do Fortu Lee w stanie Virginia w USA. Szkolenie trwało trzy miesiące i zakończone zostało egzaminem w amerykańskiej ambasadzie. W czasie jego trwania uczyłem się zrzucania ze spadochronów nawet kilkutonowych ładunków, po powrocie otrzymałem tytuł instruktora zrzutów towarowych. To była jedna z większych przygód w moim życiu, urzekł mnie także amerykański szacunek do munduru – wspomina Tomek. Marzył o tym, że szkolenie w USA otworzy mu drogę do kursu podoficerskiego i upragnionego awansu, tak się jednak nie stało. Już po zakończeniu kontraktu w VI Brygadzie Powietrzno‑Desantowej w Krakowie wysłany został na kurs podoficerski rezerwy do Szkoły Podoficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie. Nareszcie wszystko zaczęło się układać po jego myśli, w zeszłym roku skończył kurs, chciał zatrudnić się na lotnisku wojskowym w Balicach. Nie poszło jednak po jego myśli. Zrobił więc kurs ochroniarski, bardzo kosztowny, ale dzięki niemu mógł jechać do Somalii i ochraniać statki.
– Odezwała się tęsknota za adrenaliną, przeszedłem gruntowane szkolenie medyczne oraz posługiwania się różnego rodzaju bronią – mówi. Do Somalii jednak nie pojechał, okazało się, że jego druga żona spodziewa się dziecka. – Nie mogłem jej zostawić, pamiętałem, że w czasie, gdy byłem w Afganistanie, moje córki i żona bardzo mnie potrzebowały. Nie chciałem ryzykować rozpadu małżeństwa. To jednak na nic się nie zdało, zaledwie miesiąc po narodzinach małego Tomka musiał wyprowadzić się od żony.
W marcu tego roku zatrudnił się w firmie meblarskiej, musiał zarabiać na życie i na alimenty, stres, ciężka praca i – Tomasz tego nie ukrywa – także nadmiar używek spowodowały, że przeszedł ciężki zawał. Do dzisiaj jest na zwolnieniu lekarskim, nie ma pieniędzy, a sporo kosztują go leki, wie, że musi także płacić na dzieci, pomagają mu rodzina i przyjaciele.
– Najciężej było pogodzić się z tym, że żołnierzem już nie będę… Przyjaciółka podarowała mi psa, jest to jeden z elementów mojej terapii, łowię ryby, dużo czasu spędzam z dziećmi, jeżdżę do Porąbki. Są dni, że czuję się fantastycznie, ale są też takie, że w ogóle nie wychodzę z łóżka – opowiada.
Stara się o przyznanie renty i statusu poszkodowanego weterana – jak długo to będzie trwać, nie wiadomo. A Tomkowi na osłodę pozostaje szansa, że być może wróci do wojska – co prawda jako pracownik cywilny, ale i z tego jest bardzo zadowolony.
– Wszystko zależy od stanu zdrowia, mam jednak ogromną nadzieję, że będzie dobrze. Mam jeszcze tyle marzeń, chciałbym pojeździć na motorze i uszczęśliwiać moje dzieci – mówi z optymizmem.

REKLAMA (3)
Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
REKLAMA (2)
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze