Kiedy sześcioletnia Zuzia wchodzi do sklepu, od razu biegnie w stronę gabloty ze słodkimi napojami, potem wybiera ulubione ciastka, a od towarzyszącej jej babci domaga się lodów. Na takie zakupy chodzą prawie codziennie. Dziewczynka nie wygląda jak jej rówieśnice, jest wysoka, sięga babci prawie do ramienia, waży… 52 kilogramy.
11-letniemu Kacprowi mama kupuje ubrania dla dorosłych, musi tylko trochę skrócić spodnie. Chłopiec cierpi na hormonalne zaburzenia i prawdopodobnie nigdy nie będzie szczupły. Od dwóch lat ma lekarskie zwolnienie z lekcji wychowania fizycznego. Kacper waży… 68 kilogramów.
Ola właśnie skończyła podstawówkę, będzie uczyć się w jednym z krakowskich liceów. W szkole była szóstkową uczennicą. W czasie gdy się uczyła, mama przynosiła jej talerzyki wypełnione słodyczami. W nagrodę za to, że tak ciężko pracuje. Obwód bioder Oli to 201 centymetrów, dziewczyna waży… 120 kilogramów.
Musi ją troszkę podtuczyć
W momencie narodzin Zuzia ważyła niewiele ponad dwa kilogramy, przez cały okres niemowlęctwa była szczuplutka. Renata, jej mama, długo karmiła dziecko piersią. Kiedy kobieta wróciła do pracy, dziewczynka trafiła pod opiekę babci.
– Jestem przedstawicielem handlowym jednego z przedsiębiorstw farmaceutycznych, co wiąże się z koniecznością częstych wyjazdów, czasem nie ma mnie w domu nawet kilka dni. Moja mama jest cudowną opiekunką, wszędzie małą zabiera, dużo z nią rozmawia. Zuzia już umie czytać i pisać, zapisałam ją na prywatne lekcje rysunku, bo zauważyłam, że ma spory talent plastyczny. Tylko z jedzeniem mamy wielki problem. Jak tylko córeczka zamieszkała z moją mamą, ta od razu za punkt honoru postawiła sobie, że musi ją troszkę podtuczyć, bo taka malutka i chudziutka, jakby chora była. I nagle dziecko, które było książkowo żywione, zaczęło objadać się słodyczami, chipsami, jeść obfite obiady. Jakaż była radość mojej mamy, gdy pewnego dnia zadzwoniła i powiedziała, że Zuzia zjadła dwa sznycelki z ziemniakami i zasmażaną kapustą. Ręce mi padły… – mówi Renata.
Chowała przed córką jedzenie
Kiedy była w domu i sama zajmowała się dzieckiem, gotowała jej zdrowe zupy, serwowała warzywa i owoce. Ale mała już nie chciała takich potraw zjadać, nie smakowały jej, miała inne nawyki żywieniowe. – Kiedy zwracałam mamie uwagę, obrażała się. Mówiła, że jestem niewdzięczna, a ona przecież stara się najlepiej jak potrafi, zresztą wystarczy spojrzeć na dziewczynkę – bardzo dobrze wygląda, jest szczęśliwa. Faktycznie, wyglądała inaczej, już w wieku dwóch lat była okrągła jak beczułka, a rok później była grubaską, niepotrafiącą nadążyć za innymi dziećmi. Poszła do przedszkola, myślałam, że dostanie tam dobre jedzenie i wszystko wróci do normy. Błagałam mamę, żeby nie dawała jej słodyczy. W rzeczywistości wyglądało to tak: w przedszkolu ledwo coś skubnęła, głodna wracała do domu i nadrabiała zaległości z całego dnia. Babcia szykowała jej ulubione naleśniki, tłuste mięsa i oczywiście sklepowe słodycze, co zresztą mała bardzo szybko nauczyła się przede mną ukrywać. Kłamała mi w oczy, że zjadła jabłuszko i marchewkę, zapewniała, że babcia nie kupuje jej chipsów. Każda wizyta u lekarza poprzedzająca szczepienie kończyła się pouczeniami i ostrzeżeniami przed ewentualnymi schorzeniami. Było mi wstyd, bo sama mam bzika na punkcie zdrowego żywienia, ja i mąż jesteśmy szczupli – dodaje Renata.
Kiedy Zuzia miała pięć lat, małżeństwo zdecydowało się na kolejną pociechę. – Przez całą ciążę byłam na lekarskim zwolnieniu, czas ten postanowiłam wykorzystać na doprowadzenie Zuzy do normalnego wyglądu. To było coś strasznego. Mała krzyczała, płakała i domagała się słodyczy oraz ulubionych kotlecików. Buntowała się, były dni, że w ogóle nic nie jadła. Chowałam przed nią jedzenie, bo potrafiła podejść do lodówki i najeść się szynki albo wypić cały kubek śmietany, przerażało mnie to. Za radą lekarki podawałam jej suplement diety, który poskramiał apetyt na słodycze. Po pół roku schudła cztery kilogramy. Codziennie wychodziłyśmy na długie spacery, zabierałam ją na basen, kupiłam rower. Córka jest teraz bardziej ruchliwa, wychodzi na podwórko bawić się z innymi dziećmi. Niedawno urodziłam i do pracy szybko nie wrócę. Twardą ręką trzymam w ryzach dietę Zuzi, korzystam z porad dietetyka. Córka dalej ma ogromną nadwagę i wiem, że tylko konsekwentne działanie może jej pomóc – mówi mama dziewczynki.
Płaskostopie i krzywy kręgosłup
Kacper był długo wyczekiwanym dzieckiem, rodzice leczyli bezpłodność i dopiero dzięki zapłodnieniu in vitro doczekali się pociechy. – Urodził się w przewidzianym terminie, był silny, zdrowy i duży, ważył 4200 gramów – mówi z dumą jego mama Iwona. – Przez blisko rok karmiłam go piersią na żądanie, po tym czasie zaczęłam wprowadzać urozmaiconą dietę, ale zgodnie z zaleceniami lekarza. Kiedy miał dwa – trzy lata dalej był szczupły. Potem nagle zaczęło się to zmieniać, chłopiec zaczął bez powodu przybierać na wadze. Początkowo mnie to nie niepokoiło, myślałam, że zdrowe jedzenie i dużo ruchu to zmienią. Kiedy jednak miał już pięć lat, a jego waga stale rosła, zaczęłam radzić się lekarzy. Wyszło na jaw, że Kacper ma zaburzenia hormonalne. W czasie częstych wizyt u endokrynologa dowiedziałam się, jak powinien być żywiony, jakie ma zażywać leki. Niestety, efekty były mizerne, a w międzyczasie okazało się, że Kacper cierpi na insulinooporność, co dodatkowo utrudnia zmniejszenie wagi. Byłam zrozpaczona, jeździłam z synem do kolejnych lekarzy, a niekończące się badania zawsze wskazywały to samo. Od jednego z medyków usłyszałam, że z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, iż stwierdzone zaburzenia są wynikiem tego, że urodziłam dziecko, gdy miałam już 40 lat.
Z powodu otyłości Kacper nabawił się płaskostopia, ma skrzywiony kręgosłup, a jego koledzy ze szkoły nie szczędzą mu przykrości i obelżywych słów. – Jednak nie poddajemy się, cały czas chodzę z nim na rehabilitację, stosujemy zdrową, niskokaloryczną dietę. I nie chodzi o to, żeby był szczupły, teraz walczę o jego zdrowie. Niedawno od jednego z lekarzy usłyszałam, że nieprawidłowości związane z hormonami mogą się cofnąć, gdy chłopiec zacznie dojrzewać, daje mi to dużą nadzieję – mówi Iwona.
Zrobiłam córce krzywdę
Gruba świnia, beka, tłuścioch, maciora – to tylko nieliczne epitety, jakie Ola słyszała w szkole od swoich rówieśników. – Zawsze była duża, ale naprawdę zaczęło jej to przeszkadzać dwa lata temu. Jej koleżanki zaczęły się inaczej ubierać, a Ola miała kilka bluzek i spodni kupionych w sklepie internetowym dla puszystych. Zdałam sobie sprawę, że moje nieodpowiedzialne żywienie dziecka doprowadziło je do takiego stanu. Jedliśmy dużo słodyczy, na stole często zamiast normalnego obiadu gościła kupna pizza popijana colą. W ten sposób utuczyłam nie tylko Olę, ale także siebie i męża, co nie było trudne, bo obydwoje pracujemy za biurkiem. Ola znakomicie się uczy, dużo czyta, a ja nagradzałam ją za to kolejną porcją lodów czy chipsów. Jak bardzo było to bezsensowne, zdałam sobie sprawę niedawno, gdy dziewczyna ważyła już 120 kilogramów, miała skrzywiony kręgosłup i cukrzycę. Nie mogła ćwiczyć na wuefie, szybko się męczyła i nadmiernie pociła – mówi mama Oli, Alicja.
Od półtora roku cała rodzina jest na surowej diecie, korzysta z porad specjalisty. – Córka schudła już kilkanaście kilogramów i nie poddaje się. Jeździmy w góry, pływamy. Cieszymy się z każdego straconego kilograma. Ma wielką tremę przed nową szkołą. Wie, że będzie musiała mierzyć się z wyśmiewaniem, chociaż mam nadzieję, że nie będzie to już przybierać takich drastycznych form jak w podstawówce. Wiem, że zrobiłam córce krzywdę, stało się to jednak z niewiedzy. Bardzo ją kocham i wspieram każdego dnia – dodaje Alicja.
























