
Na drodze w Łętowicach fiat brava potracił przebiegającego przez jezdnię czarnego psa. Zwierzę wyczołgało się spod kół, a kierowca jak gdyby nic odjechał. Ranny pies nie mógł iść, ledwo dotarł na przednich łapach do krawężnika, na który nie miał siły się wdrapać. Zatrzymała się rodzina z trójką dzieci, widzieli co się dzieje i od razu postanowili zaalarmować znajdujących się w pobliżu strażaków.
– Strażak spojrzał na nas obojętnie i powiedział, że ma swoje zadania i zwierzę go nie interesuje – opowiada pan Maciej. – Po zakończeniu procesji, w której brali udział, strażacy podeszli do nas, popatrzyli, co się dzieje i bezradnie rozłożyli ręce. Zadzwoniliśmy na policję, gdzie dyżurny powiedział, że powiadomi odpowiednią jednostkę w gminie Wierzchosławice. Po kilku minutach oddzwoniła do nas urzędniczka. Opowiedzieliśmy o rannym psie. I nic. Staliśmy tam około godziny bez żadnej reakcji ze strony urzędu. W końcu wyciągnąłem koc z samochodu, owinąłem nim psa i zawiozłem do weterynarza w Wojniczu. Tam zajęto się zwierzęciem, pani weterynarz podała mu kroplówkę i środki przeciwbólowe, ale z braku odpowiedniego urządzenia nie mogła go prześwietlić ani zrobić USG. Dopiero wtedy oddzwoniła do nas urzędniczka z Wierzchosławic. Gdy dowiedziała się w czym rzecz, powiedziała: „Skoro jesteście tacy głupi, że zabraliście psa, to teraz sami się o niego martwcie”.
– Próbowaliśmy wytłumaczyć urzędniczce, że to gmina ma obowiązek zająć się rannym zwierzęciem, a nie my, bo od nas tarnowski azyl dla czworonogów nie przyjmie zgłoszenia i nie zabierze psa, by udzielić mu dalszej pomocy. Po bardzo długiej dyskusji pani z Wierzchosławic w końcu zgodziła się zawiadomić schronisko w Tarnowie. Przy okazji straszono nas, że poniesiemy koszty za wezwanie pomocy i zabranie psa do azylu. Całe zamieszanie zajęło nam aż trzy godziny – kontynuuje nasz rozmówca.
Ostatecznie poszkodowany pies trafił do azylu, ale zwierzę było nie do uratowania i weterynarz podjął decyzję o jego uśpieniu. – Kto zawinił w opisywanej sytuacji? Urzędniczka z Wierzchosławic, która zbyt późno powiadomiła pracowników azylu.
– Trafia do nas wiele psów przywożonych z podtarnowskich miejscowości. Jednak od danej gminy zależy, jak bardzo chce skierować zwierzę do azylu – mówi Adrian Starzyk, kierownik azylu dla zwierząt w Tarnowie.
Krzysztof Giemza, działacz tarnowskiej Fundacji „Zmieńmy świat” przyznaje, że do podobnych przypadków dochodzi coraz częściej. Pracownicy gmin przeważnie wychodzą z założenia, że rannymi zwierzętami powinni zająć się ludzie, którzy je znaleźli. Uważają wręcz, że to jest ich problem i od tej chwili także ich własność.
– Urzędnicy zrzucają odpowiedzialność na zwykłych ludzi, którym żal zrobiło się rannego psa lub kota i zabrali zwierzę, oczekując, że ktoś po nie przyjedzie. Najgorzej jest w święta i niedziele, kiedy w urzędach nie ma nikogo. Niestety, przepisy są bardzo niejasne. I jak tak dalej pójdzie, ludzie nie będą reagować na leżące na jezdni ranne zwierzęta, bo po co brać na siebie kłopot – dodaje działacz fundacji.






















