Boję się, że sufit spadnie mi na głowę…

3
REKLAMA

W życiu nie było kolorowo…

Niepełnosprawny syn pani Bernardy ma 38 lat, przez kilka lat chodził do szkoły specjalnej, później był uczestnikiem Warsztatów Terapii Zajęciowej w Brzesku. W jego orzeczeniu napisano: „rodzaj uszkodzenia organizmu powoduje konieczność stałej opieki i pomocy innej osoby dla zapewnienia egzystencji”. – To już dorosły mężczyzna, ale zachowuje się jak kilkuletnie dziecko, rwie się do pomocy, lecz cały czas muszę go mieć na oku. Jest wesoły, często się do mnie przytula, a jak idę do sklepu prosi mnie, żebym mu kupiła cukierki. Bardzo go kocham, boję się, co się z nim stanie, jak mnie już zabraknie. Jedna z moich córek mieszka w Warszawie, dwoje pracuje w Krakowie, muszą wynajmować drogie mieszkania. Najmłodsza córka niedawno kupiła dom, teraz razem z mężem go remontują. Wszyscy jakoś starają się mi pomagać, jestem z nich bardzo dumna, mimo biedy wyszli na ludzi – chwali się pani Bernarda.

W życiu kobiety kolorowo nigdy nie było. – Pracowałam tylko trzy lata, w hucie w Krakowie, potem rodziły się dzieci. Najstarszy syn Daniel przyszedł na świat niepełnosprawny, musiałam się nim zajmować. Mąż był alkoholikiem, zdarzało się, że w środku nocy uciekałam przed nim z małymi dziećmi, chowałam się w ogrodzie, albo w jakiejś szopie. Przeżywałam horror nawet wtedy, jak był w więzieniu, wysyłał do mnie listy z groźbami. Gdy wyszedł na wolność, mimo zakazu zbliżania się do mnie i syna, wrócił do domu. Dwa lata temu popełnił samobójstwo, teraz kiedy już nie żyje, nie chcę rozdrapywać starych ran, w ogóle nie chcę o nim mówić, ani myśleć.

REKLAMA (3)

Boję się nadchodzącej zimy…

60-latka ma na utrzymanie około trzech tysięcy złotych miesięcznie – to renta syna i jej zasiłek z tytułu opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem.
– Do jedzenia kupuję najtańsze produkty, jemy makarony, smażę placki ziemniaczane i naleśniki. Mięso spożywamy tylko w niedzielę, kupuję wtedy kurczaka, gotuję rosół. W lecie chodziłam na borówki do lasu, teraz zbieram grzyby, trochę zjemy, resztę suszę na zimę, będzie na jakiś sos albo do pierogów. Płacę rachunki za prąd, telefon i internet, muszę kupić butlę z gazem. Mnóstwo pieniędzy wydaję na leki, mam nadciśnienie, nerwicę, cukrzycę, od pewnego czasu zauważyłam powracającą depresję, syn też leczy nadciśnienie – miesięcznie w aptece zostawiam około 300 złotych. Ubrania kupuję dla nas w ciucholandzie, chodzę tam, gdy jest wyprzedaż i rzeczy można nabyć po złotówce, a buty za piątkę – wylicza pani Bernarda.
– Boję się nadchodzącej zimy – płacze kobieta. – Gdyby stało się tak, że spadnie tyle śniegu, co w ubiegłym roku, dach mojego domu nie wytrzyma, na pewno się zawali…

REKLAMA (2)
Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
3 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze