– Nocą budzę się z lękiem i silnym biciem serca, słyszę odgłosy dochodzące ze strychu i wydaje mi się, że za chwilę sufit zawali mi się na głowę. Żyję w ciągłej niepewności, nie mam już siły, bo gdyby coś się stało, to gdzie pójdę z niepełnosprawnym synem? – ze łzami w oczach mówi Bernarda Czarny z Borzęcina.
Na jednej ze stropowych desek wyryta jest data budowy domu, pokryta kilkoma warstwami farby, ale w dalszym ciągu łatwa do odczytania – 1864 rok. Pani Bernarda z piątką dzieci wprowadziła się do niego w ostatniej dekadzie XX wieku. – Wcześniej mieszkaliśmy u matki mojego męża, ale mieliśmy tam fatalne warunki, a poza tym między mną a teściową nie układało się najlepiej. Kiedy urodziłam najmłodszą córkę, postanowiłam się wyprowadzić. Łatwe to nie było, bo nie miałam pieniędzy, ale udało się. Przez kilka lat cały zasiłek, jaki dostawałam na dzieci, oddawałam właścicielkom domu, wreszcie po kilku latach był mój – pani Bernarda pokazuje akt własności.
Bajorko w miejscu podłogi…
– Dom był w opłakanym stanie, nie było podłóg, ani wylewek, w pokojach stała woda, nawet rosły chwasty. Ten budynek przetrwał wcześniej kilka powodzi, między innymi tę z 1997 roku. Niedaleko płynie Uszwica, która wszystkim tu mieszkającym daje się we znaki. Byłam młoda, miałam dużo siły, wzięłam się do roboty, chciałam, żeby moje dzieci czuły się w nim dobrze. Pieniędzy nie miałam zbyt wiele, ale udało mi się doprowadzić go do takiego wyglądu i stanu, aby każdy miał dla siebie własny kąt – wspomina pani Bernarda.
W 2010 roku powódź ponownie nawiedziła część Borzęcina, w której mieszka pani Bernarda. – Pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj, to było 15 maja. Ledwie położyliśmy się z dziećmi do spania, do drzwi zaczął się dobijać jeden z sąsiadów. „Wstawaj Bernarda, bo zaraz was zaleje” – krzyczał. Zerwałam się na równe nogi, próbowałam ratować, co się da. Wersalkę postawiliśmy na stole, wynieśliśmy telewizor… Za chwilę woda zaczęła wlewać się oknami… – płacze pani Bernarda.
























