Jerzy Furmański, prezes Zarządu Okręgu Polskiego Związku Wędkarskiego w Tarnowie, a poprzednio prezes koła PZW Tarnów-Azoty, zdecydowanie preferuje aktywny styl wędkowania. Poza tym jest producentem sztucznych przynęt, tzw. woblerów używanych w wędkarstwie spinningowym. Doskonale wie, jakie i w jakich warunkach użyć, by „przekonać” rybę do połknięcia haczyka.
– Zasiadki nad stawami i kilkugodzinne czekanie na karpia nigdy mnie nie pociągały. Wolę na ryby polować niż zanęcać i czekać. Łowienie na muchę czy spinning to dopiero przyjemność i niepowtarzalna okazja do ruchu, bliskiego obcowania z naturą – przekonuje. -Trudno mi np. zrozumieć amatorów łowienia w zbiornikach komercyjnych, gdzie stłoczone w wodzie ryby można wyciągać niemal ręką.
W tarnowskim okręgu jest grupka entuzjastów czynnego wędkowania, skupionych zwłaszcza w kole PZW Tarnów-Azoty, które od lat organizuje popularne zawody spinningowe. Duża w tym zasługa Jerzego Furmańskiego, przez lata promującego ten styl łowienia. Przybywa jego zwolenników wśród tarnowskich moczykijów, a wymarzone warunki do prawdziwie męskiej przygody mają w zasięgu ręki. Blisko jest do Dunajca, Białej Tarnowskiej, Raby czy Wisły.
– Nie musimy wyjeżdżać daleko, żeby mieć prawdziwą przyjemność z wędkowania w dzikich i pięknych okolicznościach przyrody – potwierdza prezes tarnowskiego PZW. – Możemy łowić w Dunajcu, który do Tarnowa ma charakter górski i nietrudno trafić na wyrośnięte pstrągi, lipienie, brzany. Poniżej Tarnowa, bliżej ujścia do Wisły, nurt Dunajca staje się już leniwy i tam chętniej żerują szczupaki, sandacze, podchodzą też sumy. Biała z kolei to trochę chimeryczna i dzika rzeka, ale stwarza świetne warunki do samotnego wędkowania, co osobiście bardzo lubię. Godny uwagi jest też kawałek Raby, gdzie wydzielono łowisko na zasadzie „no kill”. Złowione tam i nieokaleczone ryby wpuszczane są z powrotem do wody.
Co takiego daje wędkarzom uganianie się za pstrągiem, brzaną czy głowacicą skrytymi w nurtach rzek? Zgodnie twierdzą, że mogą liczyć na spore dawki adrenaliny i ekscytujące pojedynki z ruchliwymi i silnymi rybami. Poza tym jest to sprawdzian cierpliwości, opanowania i wiedzy. Chodząc po rzece, trzeba umieć ją „czytać” – każde załamanie lustra wody, zmiana jej barwy, uskok, głaz w korycie mogą być wskazówką, gdzie zarzucić wędkę. Mogą też informować o niebezpiecznej głębi, rwącym nurcie i innych zagrożeniach.
W pogoni za rybą można stracić równowagę i utonąć, można też przez częsty kontakt z zimną wodą nabawić się przeziębienia czy reumatyzmu. Rzecz jasna, dzisiejsze wyposażenie wędkarza minimalizuje wiele zagrożeń, a np. wodery z antypoślizgowymi podeszwami niewiele przypominają te sprzed kilkudziesięciu lat.
– Pamiętam, że swoje pierwsze wodery, a właściwie wysokie gumowce kupiłem od kanalarza… – opowiada Jerzy Furmański. – Z wędkowania wracałem zziębnięty, przemoczony i kosztowało to wiele zdrowia. A dzisiaj mamy wodery ciepłe, oddychające, superszczelne, z zastosowaniem kosmicznych technologii itd. Producenci i sklepy zaspokoją niemal każdą potrzebę wędkarzy, jedynie rybę muszą złowić sobie sami.
W pogoni za rybą
REKLAMA
REKLAMA
























