Nazwa tego miejsca jest podobno zbitką słów „willu” i „pattu”, co oznacza „krainę jezior”. Jest to też półlegendarna kolebka syngaleskiej populacji Sri Lanki – to tu w III wieku p.n.e. na wybrzeżu wyspy Cejlon wylądował ze świtą liczącą 700 osób (!) indyjski książę Virajaya. Poślubił miejscową księżniczkę i tak podobno powstał naród Syngalezów.
Park Narodowy Wilpattu to największy, a także jeden z najstarszych obszarów ochrony przyrody na Sri Lance. Park powstał w 1938 roku, ale rezerwat przyrody istniał na tym terenie już w pierwszych latach XX wieku. To ok. 13,5 tys. ha nizinnego lasu z licznymi jeziorami. Las jest gęsty jak na warunki lankijskiego wybrzeża, toteż za najlepszy czas do zwiedzania uważa się porę suchą, gdy roślinność jest mniej bujna. Ja byłam w Wilpattu – oczywiście! – tuż po porze monsunowej, gdy las jest zielony, a nadwodne łąki kwitną. Było pięknie, ale Safik, organizator mojego safari, uprzedził mnie, że będziemy wypatrywać w gąszczu. Tak też było. Na szczęście niektórzy mieszkańcy parku okazali się na tyle uprzejmi, by wyjść z lasu i popatrzyć w obiektyw. Nie wszyscy.
Bohater Kiplinga i ptak narodowy
Nasze safari po Wilpattu otworzyła mangusta albo ichneumon – kiplingowski Rikki-tikki-tavi, nieustraszony pożeracz węży. Nie wiem, co zjadła nasza mangusta, ale chyba coś niezbyt smacznego, bo siedziała na środku drogi i bardzo starannie ocierała mordkę łapami. Gdy stanęliśmy, żeby zrobić parę zdjęć, postanowiła nie zwracać na nas uwagi i nadal oczyszczała z czegoś sierść. Trzeba było objechać ją poboczem.
Potem spotykaliśmy sporo jeleni aksis o rudej sierści nakrapianej białymi plamkami i rzewnych oczach. Były też stada bawołów z rozłożystymi rogami, wśród których chodziły białe czapelki i majny – azjatycki odpowiednik szpaków. Przez drogę przechodziły też majestatycznie pawie, których wiele żyje dziko na Sri Lance. Nie mogło zabraknąć gallusów – kurów leśnych, które są narodowymi ptakami Sri Lanki. Pomyślałam, że żyje w tym kraju wiele pięknych orłów, są też cudownie kolorowe żołny, dzioborożce, pawie, czaple, ibisy, bociany albo gatunki przypominające rajskie ptaki. Ale Lankijczycy wybrali narodowym ptakiem… kurczaka. Owszem, kolorowego i występującego tylko na tej wyspie, zaliczanego do rodziny bażantów i żyjącego dziko w lasach, lecz jednak… kurczaka! Nie można mieć co do tego wątpliwości, szczególnie na parkingu w Wilpattu, gdzie stanęliśmy koło południa, żeby zjeść trochę ciasta i owoców na obiad. Dorodny gallus – nie całkiem oswojony, ale wyraźnie przystosowany – dyżurował przy parkingu, oczekując karmienia przez turystów. Jak to kurczak… Poczęstowaliśmy go okruchami ciasta, bo w końcu to ptak narodowy.
Sambar na „przystawkę”
Kawałek dalej wypatrzyłam w zaroślach mundżaki. Te niewielkie jelonki o dziwnie wygiętych rogach są w Azji gatunkiem raczej pospolitym, z powodzeniem aklimatyzowanym nawet w Europie. Nieczęsto jednak można je obserwować, bo prowadzą skryty tryb życia i aktywne są bardziej nocą niż w dzień. Dla mnie było to pierwsze spotkanie z mundżakami. To dość ciekawy gatunek jeleniowatych – jeden z najstarszych na świecie, niewiele się zmienił od prehistorycznych czasów. Dorosłe samce oprócz rogów mają także długie kły, nadające tym jelonkom trochę „wampirzy” wygląd.
Raz czy dwa spotkaliśmy też sambary – dość duże, szare jelenie o krótkich, ruchliwych ogonkach. Tu znów ukłon w kierunku Kiplinga – to na te jelenie zwykle polowały wilki z Gromady Seeonee w „Księdze dżungli”. Poza tym przy drodze często pasły się stada dzikich świnek, z kołnierzami brązowej sierści na karku. Widziałam je wcześniej w parku Yala, ale nigdy w takich ilościach, w jakich występują w Wilpattu.
Przystawaliśmy przy jeziorach i jeziorkach, których na terenie parku jest w sumie ponad sześćdziesiąt. Nad jednym z nich przechadzały się, jak starsi panowie w ciemnych płaszczach, bociany białoszyje. Był także – i pozował uprzejmie – dławigad indyjski w karnawałowej masce z czerwonej skóry, były czaple, brodźce, siewki, kormorany i wężówki. Kilkakrotnie spotkaliśmy też siedzące na drzewach przy drodze wężojady czubate – moje ulubione lankijskie ptaki drapieżne. Przypominają orły o jasnopopielatych, biało nakrapianych piórach. Są jednak mało płochliwe i pozwalają się fotografować nawet z niewielkiej odległości. W Wilpattu zrobiłam im kilka ładnych portretów. To naprawdę uprzejme dla fotografów ptaki.
Oczywiście wszystko to miało być tylko przygrywką – na safari każdy chce po pierwsze zobaczyć lankijską „wielką trójkę” – słonie, lamparty i niedźwiedzie wargacze. I choć to specjalność Wilpattu, w rozległym parku nie jest wcale łatwo zrealizować ten plan.
O czym mówią lamparty
W Yala, najbardziej znanym parku Sri Lanki, gdzie byłam dwa lata wcześniej, przewodnicy nieustannie komunikowali się przez komórki; każdy, kto wypatrzył słonie lub lamparta, informował o tym pozostałych. Przy zwierzętach ustawiała się tasiemcowa kolejka dżipów, z których każdy miał tylko dwie-trzy minuty na postój i zdjęcia. Po rozległym obszarze Wilpattu można jeździć pół dnia i nie spotkać innego dżipa z turystami. Polegać można tylko na doświadczeniu swojego przewodnika. I na odrobinie szczęścia oczywiście.
Nasze spotkanie z lampartami było krótkie, ale interesujące. Dwa dzikie koty w gąszczu pierwszy wypatrzył Safik. Lamparty – prawdopodobnie matka i dorastający syn, jak wyjaśnił przewodnik – wędrowały obok siebie przez las i rozmawiały wysokimi, mało kocimi głosami. Gdy je obserwowaliśmy z samochodu, Safik nagle zaczął machać rękami i wołać „On the street, on the street!” (na ulicy). Okazało się, że trzeci lampart przebiegł przez drogę tuż za naszym dżipem. Nie zdążyłam jednak zrobić mu zdjęcia.
Niedźwiedzia wargacza spotkaliśmy w drodze powrotnej. Dość długo chodził dookoła nas w lesie o niewysokim poszyciu. Niestety, było to poszycie akurat na wzrost niedźwiedzia, któremu ani się śniło podnosić głowę – cały czas widzieliśmy ponad zaroślami tylko jego pokryty futrem grzbiet. Ani raz nie wysunął głowy z gąszczu na tyle, żebym mogła uchwycić jego profil. Uprzejmy orzeł. Nieuprzejmy niedźwiedź.
Na słonie czekaliśmy blisko godzinę nad dużym jeziorem, gdzie podobno przychodzą się kąpać. W wodzie nurzały się stada bawołów. Z brzegu do wody zsuwały się krokodyle. Jeden ładnie pozował mi z otwartą paszczą. Przechodziły koło nas dzikie świnie i wielkie warany. Bielik białobrzuchy patrzył z drzewa, ale choć długo nam się przyglądał, nie zdecydował się zejść niżej. A słonie nie przyszły. Podobno tego dnia nikt ich w Wilpattu nie widział. Safik tłumaczył, że jest pora zbioru ryżu i słonie żerują na ryżowych polach.
Rzeczywiście, zbiór ryżu trwał. Po drodze do Wilpattu widzieliśmy, jak ludzie z wiosek sypią wymłócony ryż na drogę i rozprowadzają go po asfalcie specjalnymi miotłami. Ryż na Sri Lance suszy się na asfaltowych drogach, po których ruch w porze zbiorów odbywa się tylko jednym pasem. Gdy ryż wyschnie, zamiata się go i pakuje do worków.
Przed wyjazdem z parku spotkaliśmy jeszcze hulmany – białe małpy o ciemnych twarzach, a także sporo drobnych, lecz pięknie ubarwionych ptaków, takich jak: paskowniki, zieleniki dekańskie, muchodławki rajskie w odmianach rudej i białej, czy drozdaczki ognistogłowe. Wartę przy bramie parku trzymały dzioborożce. Słonie Safik pokazał mi dopiero wieczorem, w drodze do miasta – rozrzucały ryżową słomę, złożoną w stertę na skraju pola.
![Restauracja „Różana” w Tarnowie kusi smakiem i bogatą historią [ZDJĘCIA] Różana Tarnów 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Rozana-Tarnow-2026-3-218x150.jpg)
![Własnoręcznie ratują pozostałości po Zamku Tarnowskich na Górze św. Marcina [ZDJĘCIA] Zbieranie cegieł zamek](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Zbieranie-cegiel-zamek-10-218x150.jpg)




![Prace przy „Szczucince” rozpoczęli od wycinki dzikiej zieleni [ZDJĘCIA] Stacja Dąbrowa Tarnowska 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Stacja-Dabrowa-Tarnowska-2026-5-218x150.jpg)
















