Emeryt w Europie – cz. 16

0
Delfinarium
REKLAMA

Przed godziną dziesiątą przyjeżdżamy autobusem przed centrum kongresowe i oceanarium. Robimy zdjęcia nowoczesnych obiektów centrum. Za biletami stoimy około 15 minut. Po wejściu rozchodzimy się, każdy zwiedza indywidualnie, w zależności od zainteresowań przez 1,5 godziny i spotykamy się o wyznaczonej godzinie na pokazy tresury delfinów.

Każdy ma plan oceanarium określanego jako największe w Europie. Ponadto są tablice informacyjne i kierunkowskazy. Pośrodku jest zbiornik wodny z wyspą-lokalem gastronomicznym i prowadzącymi do niego kładkami i mostkami. Na górze kawiarnia i bar, a pod powierzchnią wody restauracja, stylizowana na chińską, z widokiem na pływające ryby. Liczne pawilony tematyczne na powierzchni i pod ziemią. Pomiędzy nimi tereny płazów, gadów, ptactwa pływającego, ptaszarnie itp. I kilka mini barów z przekąskami (tapas) i napojami. Na obrzeżach obiekty infrastruktury – uzdatniania i oczyszczania wody, powietrza, a przykładowo przy podziemnym pawilonie pingwinów znajdują się potężne agregaty chłodnicze.

Prawie co godzinę odbywają się przy pełnej widowni blisko 20 minutowe pokazy tresury delfinów. Igraszki czterech par treser-delfin są co chwilę rzęsiście oklaskiwane. W bocznych zbiornikach inne delfiny leniwie pływają oczekując na swoją kolej. Najciekawszym było przebywanie w przeźroczystym tunelu na dnie akwarium wśród przepływających rekinów, płaszczek i gromad ryb. Biała biełucha arktyczna wzbudza współczucie w swoim osamotnieniu. Wielość poszczególnych akwariów od stawonogów poprzez koniki morskie, różnobarwne ryby raf koralowych po amazońskie piranie, zaciera poszczególne doznania. Po kilku godzinach spotkamy się przy jednym z mini barów i wspólnie na koniec odwiedzamy pawilon brykających wśród śniegu i wody pingwinów.

Jest już dobrze po piętnastej, kiedy po wyjściu z oceanarium zmierzamy autobusem do centrum miasta. Jedziemy wzdłuż wyschniętego koryta rzeki, zagospodarowanego na tereny rekreacyjne. Pozostawione mosty uzupełniono licznymi kładkami. Tereny te ciągną się przez całe miasto od Oceanografic i Pargue Natural de la Albufera po Bioparc Pargue de Cabecera. Od przystanku idziemy na azymut w kierunku Katedry i Mercado Central, czyli Central Market. Bob zaczepia przechodzącą Hiszpankę, która po krótkiej rozmowie zgadza się na wyprowadzenie nas prosto na Mercado. Gęsta zabudowa ulic masywnymi budynkami z bogatą ornamentyką barokową przytłacza. Ciężka hiszpańska architektura, zwłaszcza pałacowa, nie wzbudza we mnie zachwytu. Przystajemy przy jednej, której wejściowy portal jest maksymalnie przesadzony ozdobami. Robimy zdjęcia. Szukając większej przestrzeni dochodzimy do Plaza Ayuntamiento z pałacem o tej samej nazwie. Z oflagowanego balkonu nad wejściem do pałacu zwisa rozciągnięte ciemnoczerwone sukno. Postawione mikrofony wskazują, że coś się będzie działo. Przed pałacem postawiona jest mała scena. Dowiadujemy się, że jest święto regionalne, będzie wystąpienie władz miasta i występy zespołów artystycznych.

REKLAMA (2)

Postanawiamy zostać, ale w międzyczasie coś zjeść. W pobliskiej bocznej uliczce znajduje się obok siebie kilka barów z wystawionymi ogródkami. Koledzy zamawiają oczywiście owoce morza, a ja pastę, czyli makaron z sosem pomidorowym. I oczywiście piwo. Nie smakuje mi ta pasta, zostawiam połowę i zamawiam drugie piwo, a koledzy próbują wino. Wracamy pod scenę, gdzie trwają już występy grup folklorystycznych. Niemały tłumek widzów. Znajdujemy sobie miejsce z boku przy wejściu na scenę. Kilka zespołów wchodzi przemiennie na wykonanie 2-3 utworów i potem oczekuje na kolejne wejście. Zaczynamy zagadywać Hiszpanki i robimy z nimi kilka zdjęć. W kiosku obok kupuję czerwoną różę za 3 euro i wręczam jednej z nich. Dostaję buziaka i pozowanie do zdjęcia. Bob chce oglądnąć całość występu, ale po godzinie 20 przekonujemy go, że musimy szukać przystanku do powrotu.

REKLAMA (3)

Przez pół godziny plączemy się po placu, aby uzyskać informacje o przystanku autobusu linii 114. Nic z tego, nawet policjanci nie mogą nam pomóc, albo nas zbywają, pokazując kierunek, w którym mamy się udać. Zaczynamy się już kłócić. W końcu zapada decyzja – Grześ decyduje i prowadzi.

Idziemy przez miasto około 2 godzin, mijając wiele przecznic, zmieniając kierunek, próbując posłużyć się mapą i nawigacją telefoniczną. Początkowo oglądamy witryny sklepów, mijamy coraz rzadsze i puste kawiarnie i restauracje, a w końcu już tylko idziemy. Coraz bardziej odczuwam zmęczenie. Przystajemy przy szerokiej dwupasmowej alei. Grześ stwierdza, że nie wie, gdzie jesteśmy. Jest 22.30 i cała noc przed nami. Nie oglądałem Monte Carlo nocą, to padło na Valencję. Łapiemy taksówkę. Każemy się zawieźć na przystanek naprzeciw Opery. Jeżeli nie będzie już kursu autobusu, pojedziemy nią aż pod camping. Na przystanku Bob sprawdza rozkład jazdy i każe nam się wygramolić z taxi. Płacimy za podwiezienie 10 euro. Jest ostatni kurs autobusu o 23.15. Na campingu jesteśmy przed godziną 24. Robimy delikatną kolację i drinki. Rano jedziemy do Grenady.

Ferdynand Wróbel

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze