Ekwipunek na wieczór z upiorem: jedna pusta butelka lub słoik, co najmniej jedna mocna latarka i tyle zielonych pasikoników, ile zdołacie nałapać do butelki… Potrzebne jest jeszcze drzewo, najlepiej dusiciel. Dalsza instrukcja brzmi: idziemy do lasu, stajemy pod drzewem-dusicielem i czekamy na zmierzch…
Z organizowania spotkań z upiorami znana jest indonezyjska wioska Tangkoko na północnym krańcu wyspy Celebes. Tutejsze upiory mają co prawda oczy wielkie jak sam strach, ale w ogóle są drobnymi małpiatkami. Ich właściwa nazwa to wyrak upiór albo tarsjusz, a w Tangkoko – na użytek mniej edukowanych turystów – nazywa się je także small monkey (mała małpka). Natomiast dusiciele to właściwie fikusy, tyle że duże bardzo, i o fatalnych manierach, jak na drzewo.
Figowiec-dusiciel, rosnąc, wypuszcza niezwykłe, nadziemne korzenie. Niektóre z nich, zwane kolumnowymi, pełnią rolę podpory – wyrastają z gałęzi, zwisają w dół i wrastają w ziemię. Inne wyrastają z nasady pnia, wzmacniając go i rozbudowując, a jeszcze inne, czepne, oplatają sąsiednie rośliny. Figowiec-dusiciel ogarnia w ten sposób i wchłania sąsiednie drzewa, rośnie na nich i nad nimi, ich kosztem – zabierając im światło, wodę i związki odżywcze z gleby. Rozrasta się, wypuszczając kolejne podporowe korzenie, aż sam jeden tworzy las, w cieniu którego można wybudować wioskę – jak to czasem robią mieszkańcy Indii, lokujący chaty wśród rozgałęzionych korzeni lub urządzając się we wnękach pni.
Las upiorów
W pniach figowców w Tangkoko roi się od lokatorów. Świecąc do środka latarką, można wypłoszyć stado nietoperzy lub wielkich, ciemnoskrzydłych motyli, jadowite wije, nocne ptaki, uciekające hałaśliwie szczurze rodziny lub węże. Chodzenie z latarką od figowca do figowca to przygoda sama w sobie.
Mój przewodnik sprawdził kilka drzew, nie był jednak zadowolony – spłoszyliśmy sporego szczura i przeżyliśmy atak czerwonych mrówek, które najwyraźniej uważały otoczenie wielkiego figowca za swój teren. W lesie szybko robiło się ciemno, przewodnik przyspieszył kroku; podążanie za nim w wilgotnym upale tropikalnego lasu nie było łatwe. Spocona, zaczęłam już godzić się z porażką, gdy mój guide nagle przystanął, wzywając mnie niecierpliwymi gestami. Podeszłam, zachowując się tak cicho, jak się dało na podłożu z suchych liści.
W świetle latarki na pionowym pędzie jakiegoś krzewu przycupnęła kulka burej sierści, wpatrzona w nas ogromnymi, lśniącymi czerwonawym światłem oczami. Różowe, zaciśnięte na gałązce palce, nieprawdopodobnie długie przy drobnej sylwetce właściciela, przypominały nie tyle ludzkie dłonie, ile – rzeczywiście! – kościste palce upiora – z węźlastymi zgrubieniami na stawach i dość nieziemsko wyglądającymi przyssawkami na końcach długich palców. Widok tego stworzenia nagle, nocną porą, mógł naprawdę robić wrażenie – trudno się dziwić, że kiedyś uważano spotkanie z tą drobną małpiatką za złą wróżbę. Dawniej wyraki upiory były bezlitośnie tępione przez mieszkańców indonezyjskich wiosek. Dziś w Tangkoko nazywa się od nich hotele i na ich sławie zarabia się pieniądze. Fakt, że przetrwały, wyszedł wszystkim na dobre.
Nasz tarsjusz na gałęzi poruszył się nagle i wykonał błyskawiczny skok w mrok. Mój przewodnik wydał cichy okrzyk zawodu i zaczął przeszukiwać światłem okoliczne zarośla. Po krótkiej chwili przywołał mnie znowu. Odnalazł upiora na innej gałązce.
– Tylko nie dotknij drzewka, na którym siedzi! – ostrzegł.
Tarsjusz spojrzał na nas podejrzliwie i poruszył różowymi, błoniastymi uszami, kurcząc je i rozkładając jak parasolki. Tylko istota z innego świata – uznałam – może robić z uszami takie rzeczy.
Mój przewodnik sadowił tymczasem na pobliskiej gałęzi wydobyte z butelki zielone pasikoniki. Odurzone światłem owady poruszały się niemrawo, nie korzystając zgoła z odzyskanej wolności.
– Częstuj się! – zaprosiłam wyraka upiora po polsku, on jednak ze wzgardą odwrócił głowę, zrobił zwrot w tył i wykonał następny skok w ciemność. Szukaliśmy go w zaroślach, oświetlając kolejne gałęzie, gdy zmaterializował się nagle na gałązce z pasikonikami. Uczepiony nogami pionowego pędu – a palce u stóp miał równie długie i niesamowite jak u rąk! – skonsumował pierwszego pasikonika, wpychając go palcami dłoni do pyszczka. Potem metodycznie wziął się za kolejne owady, przesuwając się powoli w górę gałęzi. Oboje – ja i przewodnik – obserwowaliśmy z fascynacją każdy jego ruch.
– This is small monkey! – westchnął z szerokim uśmiechem mój guide.
Tego wieczora nakarmiliśmy jeszcze cztery upiory.

Rambo, ten wyższy
Na prawdziwe małpy – makaki czarne – przyszła pora następnego dnia.
Pierwsi zobaczyli je strażnicy, którzy nad ranem przyłapali w lesie miejscowych ludzi tnących drzewo. Hałas, jakiego narobili podczas krótkiego pościgu, najwyraźniej obudził małpy, które zaczęły odzywać się w mroku zaniepokojonymi głosami. Kilka młodych samców wbiegło w światło latarki, pokrzykując bojowo i pokazując białe kły w czarnych twarzach. Po chwili pokazał się sam przywódca stada – samiec o szerokich barkach, z czarnym czubem na głowie. Strażnicy rozpoznali go i zaczęli wołać po imieniu – był to Rambo I, największy makak w Tangkoko, przypominający miniaturkę goryla. Miniaturkę, bowiem stojący w pozycji wyprostowanej makak czarny sięga dorosłemu człowiekowi mniej więcej do pasa (jak zapewniali strażnicy, Rambo II – przywódca innego stada – jest nieco niższy).
Na spacer z małpami przewodnik kazał mi się stawić o piątej rano. Zanim znaleźliśmy makaki, zrobiło się prawie jasno – na tyle, na ile to możliwe pod gęstym sklepieniem zielonych liści.
Stado bujało się na drzewach. Na nawoływania strażnika kilka małp spadło na suche liście jak czarne kule. Podbiegły na czworakach i otoczyły nas, stając na tylnych nogach i trzymając się naszych kieszeni. Były to podrostki, małpie nastolatki, najbardziej ruchliwe i ciekawskie. Potem pojawiło się kilka młodych samców, które przegoniły młodsze małpy i – przekonawszy się, że nie mamy słodyczy – wpadły w nastrój zaczepny. Podskakiwały, pokazywały zęby, próbowały drapać – tupnięcie mojego przewodnika spowodowało jednak ich masową ucieczkę. Rambo I podszedł również, ale tylko na chwilę – obrzucił nas spojrzeniem spod niskiego czoła i widać ocenił, że nie będzie z nas ani pożytku, ani zagrożenia, bo wrócił do grupki iskających go samic. Wówczas – z dołu, z boku i z góry, biegnąc po ziemi lub skacząc po gałęziach – nadciągnęły znowu młode małpki. Starsze z nich, uspokojone postawą przywódcy, pozwalały sobie na swobodną zabawę, skacząc nam na plecy i ramiona i próbując iskać nasze włosy i ubrania. Młodsze, naprawdę wzruszające, siadały nam u stóp, kładły nieśmiało małe, czarne dłonie na naszych rękach i wydawały łagodne głosy, które brzmiały jak “Hej!”. Co śmielsze powróciły do przeszukiwania naszych kieszeni, inne ze skupieniem oglądały guziki i sznurowadła. Najmłodsze małpki, noszone jeszcze przez matki, rwały się do zabawy. Kilka nawet zbliżyło się do nas, ostrożnie krocząc po pochyłej gałęzi – samice zareagowały jednak gwałtownie, jak histeryczne matki, łapiąc i uprowadzając dzieci dalej od nas.
Idąc z makakami
Po jakimś czasie umięśniony przywódca stada poruszył się i wydał mruknięcie, które najwyraźniej stanowiło sygnał. Najpierw samice i młode małpki, potem mniej subordynowane młode samce przerwały dotychczasowe zajęcia – jedzenie lub zabawę, iskanie lub zaloty – i ruszyły przed siebie, w las. Jeszcze kilku maruderów przebiegło pospiesznie obok nas, jeszcze dwa splątane w walce młode samce spadły z hałasem z drzewa, by – zgodnie już – pokłusować obok siebie. I nagle w pełnym przed chwilą ruchu i małpich głosów lesie zostaliśmy sami. Patrzyłam z żalem na znikającymi w lesie makakami.
– Chcesz pójść za nimi? – zapytał mój przewodnik.
Pospiesznie przytaknęłam. Poszliśmy – jak nasi krewniacy o czarnych twarzach i futrze – za Rambo Pierwszym w las.
Była to niespieszna, relaksująca wędrówka. Makaki szły, co jakiś czas robiąc przystanki na posiłek, odpoczynek, życie rodzinne, zabawę. Przestały zwracać na nas uwagę i – gdy siedzieliśmy między nimi na ziemi – czasem dwa bawiące się maluchy toczyły się prosto na nas. Czasem trafiał nas migdał rzucony przez zaczepnego samczyka, czasem jakaś roztargniona małpka zaczynała iskać jedno z nas, zamiast towarzysza zabaw. Rambo przechodził obok nas z godnością, wsparty na muskularnych ramionach, pozornie nie zwracając na nas uwagi. W koronach drzew pokrzykiwały ptaki, w słońcu latały motyle i ciężkie rude żuki, w suchych liściach szeleściły szybkie stopy jaszczurek. Było gorąco, sennie i niemal jak we śnie – pomijając momenty, gdy szczególnie dotkliwie gryzły nas mrówki albo, gdy bojowe młode samce makaków tarmosiły gałęzie, wydając głośne okrzyki. Zapewne oznajmiały w ten sposób całemu znanemu sobie światu, że stado Rambo I jest tutaj i – że jest tu, oczywiście, u siebie.
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)



















