Puttalam to miasto leżące w północno-zachodniej części Sri Lanki, niecałe sto kilometrów od lotniska w Negombo. Ma cementownię, farmy krewetek, składy kokosów i port solny, ale dla turystów to jedynie punkt przesiadkowy między np. plażami w Kalpitiya i zabytkowym miastem Anuradhapura. Jest to też punkt startu do położonego w pobliżu parku narodowego Wilpattu.
Podróżujący po Sri Lance zatrzymują się zwykle w Puttalam na jedną noc, by rano zacząć safari albo jechać dalej – pociągiem, autobusem lub autostradą, bo miasto jest niezłym punktem przesiadkowym. Tak i ja planowałam zrobić.
Safik w akcji
W Puttalam nie ma zbyt wielu hoteli dla turystów – a przynajmniej tak twierdził Safik, miejscowy rykszarz, przewodnik i biznesmen od wszystkiego. Ze swoją motorykszą Safik stale kręcił się przy dworcu autobusowym w Puttalam, polując na potencjalnych klientów – białych turystów, ale i zagubionych w nowym mieście Lankijczyków. Trzeba mu przyznać – znał miasto i jako rykszarz ceny miał umiarkowane. Dobrze wiedział, że zarobek tak naprawdę jest gdzie indziej.
Safik znalazł mnie podczas mojej pierwszej bytności w Puttalam, gdy szukałam autobusu do Kalpitiya, i – oczywiście – próbował namówić mnie na 40-kilometrowy kurs swoją motorykszą. Został stanowczo spławiony, ale nieurażony obiecał zawieźć mnie wprost do właściwego autobusu. O dziwo – zrobił to szybko, sprawnie i tanio. Kiedy wróciłam z Puttalam i szukałam przesiadki w stronę parku Wilpattu, znów znalazł mnie Safik – zadziwiające jeśli wziąć pod uwagę panujący na dworcu tłok i chaos!
Ostatecznie za jego namową trafiłam do małego hotelu na obrzeżu Puttalam, gdzie miałam spędzić tylko kilka godzin zanim bladym świtem pojadę do Wilpattu. Ale zmieniłam plany i zostałam dłużej, bo od pierwszego wejrzenia zakochałam się w hotelowym ogrodzie.
Krótka historia ogrodu
Nie był to ani ogród botaniczny, nowoczesny, ani jakiś szczególnie stylowy. Nie był też wypieszczony czy nawet zadbany. Po prostu do hotelu należało około 100 ha terenu z jeziorem, kawałkiem rzecznego kanału i starymi drzewami. Poprzedni właściciel próbował wykorzystać tę przestrzeń na rodzaj parku rozrywki z rozmaitymi formami aktywności. Gościom proponowano m.in. pływanie łódką i wędkowanie, jazdę konną i rowerową, paintball i strategiczne gry terenowe, strzelanie z łuku, wspinaczkę na linie, zabawę w tropicieli, obserwację ptaków i zwierząt. Oferowano też zabawy terenowe dla dzieci, możliwość imprez z grillem i muzyką na łonie przyrody, a także plenery do zdjęć ślubnych i na okazjonalne uroczystości. Ponadto hotel organizował safari w Wilpattu, parasailing w Kalpitiya i inne wycieczki z atrakcjami.
Pandemia unicestwiła te plany. Po hotelowych activities pozostały tylko wypłowiałe plansze w hotelowym holu, pomost i malowniczy drewniany mostek na jeziorze, huśtawka z opony, wyciągnięty na brzeg rower wodny oraz drewniane stoły i ławki, ustawione w różnych punktach ogrodu z myślą o spacerowiczach, czy amatorach grillowania na łonie natury. Kolejny zarządca hotelu ograniczył się do typowej działalności, czyli wynajmowania przystępnych cenowo pokoi i ewentualnie organizacji wycieczek. Ogrodem nie był specjalnie zainteresowany i pozwolił mu zarosnąć. Tak powstało cudowne miejsce, pełne wygodnych kryjówek i miejsc do siedzenia dla ludzi, a także środowisko dla ptaków i zwierząt, które na Sri Lance nie są przesadnie płochliwe, a tu znalazły schronienie i spokojne miejsce do życia.
Podobnie musiały wyglądać ogrody w dawnych posiadłościach kolonialnych, uporządkowane jako tako w pobliżu domu, a poza tym obejmujące po prostu kawałek lokalnego biotopu, chronionego przed eksploatacją i zasiedleniem. Sam budynek hotelu przypominał trochę willę dla dużej rodziny – ze skrzydłem ukrytym za frontową fasadą, z amfiladowym układem pokoi, z których każdy miał dodatkowe drzwi do ogrodu lub na zadaszoną werandę, gdzie można było posiedzieć lub zjeść śniadanie. Był wspólny salon koło recepcji, a przy końcu domu – kuchnia. Gdy Safik przywiózł mnie w to miejsce, byłam jedynym gościem.
Wiewióry i rajskie ptaki
Wzięłam prysznic, zrobiłam sobie kawę i wyszłam z nią do ogrodu. Usiadłam przy stole niedaleko huśtawki z opony, w cieniu wysokiego drzewa. Z drzewa spojrzał na mnie wężojad czubaty – piękny ptak o wyglądzie szarego orła, mało płochliwy jak na drapieżcę. Zaraz też pojawiły się nektarniki, zbierające pyłek i nektar, bo drzewo właśnie kwitło. Melodyjny, fletowy głos zapowiedział kolejnego bywalca – lankijską wilgę, która zeszła niżej, by przyjrzeć mi się z bliska. Zanim skończyłam kawę, przybyło także kilka makaków manga, miejscowych małp, które potrafią być natrętne, ale tu były spokojne i bardziej interesowały się huśtawką z opony niż mną. Latały motyle, a po drewnianym blacie stołu przeszedł maleńki, lecz bardzo kolorowy pająk z rodziny skakunów i spojrzał na mnie swoimi ośmioma oczami.
Wszystko to stanowiło zaledwie preludium do głównej atrakcji wieczoru. Zauważyłam jakiś ruch na szerokim konarze drzewa nade mną. Po chwili przespacerowały tamtędy, przystając co chwilę, by skubnąć coś z kwiatów lub zbadać zagłębienie w pniu, cztery wiewióry cejlońskie. Są to wiewiórki rozmiaru lisa, o szarej sierści i o różowych pyszczkach. Mogą ważyć do półtora kilograma (!). Na Sri Lance zwierzęta te są obecnie gatunkiem stosunkowo nielicznym, żyjącym głównie na centralnych wyżynach w głębi wyspy. Prowadzą skryty tryb życia i rzadko schodzą z drzew. Spośród turystów, których spotkałam w podróży, mało kto je widział. W Wilpattu przewodnik nie zdołał ich znaleźć. A tymczasem w ogrodzie hotelowym w Puttalam zdawały się czuć jak u siebie.
To spotkanie sprawiło, że zdecydowałam się zostać w hotelu o jedną lub dwie noce więcej – po prostu dlatego, by pospacerować w różnych porach po wielkim ogrodzie, ciesząc się malowniczymi widokami i spotkaniami ze zwierzętami. W gruncie rzeczy sprawiło mi to większą przyjemność niż jazda dżipem po parku narodowym. Wiewiórów cejlońskich już co prawda nie spotkałam, ale leżąc na pomoście nad jeziorem, obserwowałam z bliska łowiące kormorany. Były tam też muchodławki rajskie, pomarańczowo-białe ptaki z długimi ogonami. Zwisały nad wodą jak stworzenia z fantastycznej animacji. Na gałęziach drzew siadały pawie, czaple, wilgi, bilbile czy żołny wschodnie o błękitnych gardłach, szczególnie malowniczo się prezentujące o zachodzie słońca. W zaroślach nad kanałem roiło się od drobnych ptaków, jak purpurki, paskowniki, kukułki czy dzierzby brunatne. W trawie wędrowały świergotki. Wołały pawie, wilgi odzywały się ciepłymi, fletowymi gwizdami. Po górnych konarach wędrowały małpy, w zaroślach migała czasem nakrapiana sierść jeleni aksis. A przez werandy hotelu przemykały drobne wiewiórki palmowe i „przydomowe” lankijskie ptaki, takie jak tylmany żółtodziobe i sroczki zmienne. W ciemnej powierzchni stawu, na którą spadały z drzew drobne kwiaty, odbijał się księżyc. Wszystko to razem sprawiało na mnie wrażenie pobytu w jakimś rajskim ogrodzie.
Kto ostatecznie powiedział, że Eden nie był zarośnięty?
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)



















