Woda, która spada

0
Wodospad
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Wodospady to niewątpliwie jedna z najwyżej cenionych atrakcji turystycznych. Jeśli jakakolwiek miejscowość ma je w okolicy, obowiązkowo wozi się tam turystów, wyznacza szlaki, a nawet pobiera bilety wstępu. Jest coś szczególnie atrakcyjnego w widokach wody spadającej z wysoka.

Najsłynniejszy jest niewątpliwie podzielony amerykańsko-kanadyjską granicą wodospad Niagara, szeroki i malowniczy, choć wysokość spadku wody nie przekracza kilkudziesięciu metrów. Jeden bilet kosztuje podobno równowartość ok. 500 zł, a zwiedzający tłoczą się na sztucznie zbudowanym mostku widokowym. Wodospad przynosi co roku dochody większe niż złotodajna działka – prawdziwa wodna żyła złota.

Pilot w „Zaginionym świecie”

Nie byłam nad Niagarą, postanowiłam jednak obejrzeć najwyższy wodospad świata – Salto Angel, leżący na terenie Wenezueli. Choć w gruncie rzeczy mniej znany (potęga reklamy!), Salto Angel przebija wielokrotnie Niagarę, jeśli chodzi o wysokość spadku wody. Ma podobno 979 m bezpośredniego spadku od szczytu płaskowyżu Auyantepui, gdzie bierze początek, a poniżej skalnego stopnia (niecałe 200 m pod szczytem) spada w przepaść struga wody o wysokości 809 m. Salto Angel jest 19 razy wyższy niż Niagara (!).
Choć spadającą z niebios strugę wody słusznie można by nazwać „anielską”, wodospad nazwano nie od aniołów, lecz od odkrywcy – Jimmy Angela. Który naprawdę nazywał się James Crawford, pochodził z Missouri, a przezwisko „Angel” przyjął, gdy zaczął pracować jako pilot w Ameryce Poludniowej. Wodospad na Auyantepui zobaczył pod raz pierwszy z samolotu w 1933 roku (szukając w dżungli złóż złota!) i odtąd planował, jak „zdobyć” to miejsce. Udało mu się cztery lata później, gdy wylądował na szczycie płaskowyżu czteroosobowym samolotem, w którym pasażerami byli żona Jimmy’ego i jego dwóch przyjaciół. Omal nie przypłacili tego wyczynu życiem – samolot rozbił się przy lądowaniu i ugrzązł w bagnie. Czwórka rozbitków przez 11 dni wędrowała przez dżunglę, nim udało się im dotrzeć na zamieszkałe tereny.
Trzeba dodać, że Salto Angel leży na niezwykłym terenie – w „Świecie Zaginionym” Conan Doyla, w świecie tepuis – gór o płaskich szczytach, wyniesionych jak osobne światy nad południowoamerykańską dżunglę na pograniczu Wenezueli, Gujany i Brazylii. Każdy z tych szczytów stanowi izolowany świat, z własnym klimatem oraz endemicznymi okazami roślin, czasem także zwierząt. I jest takich światów ponad sto w tym regionie (!). W Wenezueli obszar z tepuis obejmuje Park Narodowy Canaima.
Auyantepui jest jedną z takich gór-płaskowyży. Ma wysokość 2535 m n.p.m. i ponad 650 km kw. powierzchni szczytu. Nazwa w języku lokalnej ludności znaczy podobno „Dom Diabła”, co daje szczególną grę słów: „anielski wodospad” spada z „domu diabła”!
Jedyną dostępną turystycznie tepui jest Roraima (2810 m) o powierzchni szczytu ok. 30 km kw. Długo uważana była za najwyższą, obecnie odebrały jej pierwszeństwo Cerro Marahuaca (2832 m) i brazylijski Pico de Neblina (2994 m). Roraima pozostała jednak najsławniejsza, co grozi jej zniszczeniem – co roku wchodzi na nią kilka tysięcy turystów, ze szkodą dla lokalnej flory, fauny i środowiska.

REKLAMA (3)
Woda, która spada
fot. Marta Tutaj

W powietrzu i na wodzie

Wyprawy nad najwyższy wodospad świata raczej nie można zorganizować samemu. W Ciudad Bolivar, mieście położonym w centrum Wenezueli nad rzeką Orinoko, nie brak jednak biur turystycznych, organizujących takie wyprawy. Aby zobaczyć Salto Angel trzeba mieć co najmniej 3 dni i ok. 300 dolarów. W wersji krótszej – przelot samolotem nad wodospadem – trwa to pół dnia i kosztuje drożej.
Ja wybrałam wersję „naziemną”, która zaczęła się zresztą także przelotem małym samolotem (porównywalnym może do maszyny Jimmy Angela) do Canaimy. Widok przy końcu tego lotu – gdy z mgły i chmur wynurzają się szczyty tepuis, spienione rzeki, wodospady i barwny kożuch dżungli – na pewno warte są ceny.
Dalej płynie się łodzią, rzekami Carrao i Churun. Jacek Pałkiewicz, który opisywał swoją wyprawę do najwyższego wodospadu świata w 1997 roku, przedstawił ją w barwach dramatycznych: „Częściej przebywamy po pas w wodzie, niż w czółnie, (…) niektóre bystrza zmuszają nas do kolejnego wyładowania bagaży. (…) Coraz ktoś się potyka i zanurza całkowicie w wodzie. Andrea zostaje porwany przez gwałtowny prąd…”
Ja, która podróżowałam do Salto Angel kilka lat później, nie pamiętam okoliczności równie ekstremalnych. Owszem, płynęliśmy rzeką pełną wirów i spienionej wody, ale bez większych przeszkód, a moją główną troską było zrobienie jak największej liczby fantastycznych krajobrazów z tepuis, mimo kołysania łodzi i bryzgów wody. Wysiedliśmy istotnie na wyspie na rzece Carrao i przeszliśmy ją na piechotę, ale nie wiem, czy z powodu bystrzyn na rzece, czy raczej dlatego, że ta piękna, porośnięta trawą i kwiatami wyspa jest atrakcją turystyczną samą w sobie. Ma nawet własne stoisko z pamiątkami (!).
W drodze powrotnej na tej wyspie spotkaliśmy naszego pierwszego grzechotnika – kaskabela, niezbyt dużego, ale podobno bardzo jadowitego i nie schodzącego z drogi ludziom (istotnie nie zszedł z drogi, toteż zrobiliśmy wiele zdjęć!).

REKLAMA (2)

Przez dżunglę

Nocowaliśmy po drodze, niedaleko już wodospadu, w hamakach pod zadaszeniem, które przydało się, bo padało w nocy. W łazience co prawda nie było wody, ale wykąpałam się – fantastycznie! – w płytkiej, piaszczystej zatoczce rzeki. Carrao jest zresztą przepiękna – jej burzliwy i malowniczy nurt tworzy woda, która z daleka wydaje się szafirowa, z bliska ma niezwykły pomarańczowy kolor. Fale, omywające brzeg, mają oranżowy odcień.
Rankiem słońce świeciło wprost na Auyantepui, wyłaniające się z porannej mgły. Na drzewach, po drugiej stronie rzeki, w zasięgu naszych lornetek, rozsiadły się wielkie ptaki – na szczycie suchego drzewa kondor królewski, o eleganckim biało-czarnym upierzeniu i o nagiej trzykolorowej głowie. Niżej siedziały pomarańczowogłowe urubu, a wokół z wrzaskiem latały czerwone ary. Niestety, trochę za daleko na naprawdę dobre zdjęcie – nawet dla imponujących obiektywów niektórych z uczestników wyprawy.
Rano jeszcze kawałek płynęliśmy wąską rzeczką łodzią, potem trzeba było wędrować ok. dwie godziny przez dżunglę. „Kroczymy krętą, ciemną, ciemną ścieżką, pod zielonym sklepieniem, pełną śliskich korzeni drzew. Liany i fikusy opasują w śmiertelnym uścisku wielkie pnie drzew, a na tych, które czas powalił na ziemię, wyrastają grzyby i gnieżdżą się zastępy żarłocznych mrówek. Wszystko, co nas otacza, jest królestwem przemocy. (…) Chmary komarów atakują.” – opisywał ten etap drogi Jacek Pałkiewicz. I znów – jak dla mnie – prawda co do pejzażu, ale bez ekstremów. Ścieżka istotnie była kręta i chwilami mocno zacieniona, nie brakowało lian i kolczastych pnączy, a na gałęziach wisiały „grzyby” termitier. Sporo roślin jednak także kwitło. Było bardzo mokro – dno lasu tonęło w płytkiej wodzie, z której sterczały oślizłe korzenie drzew i mokre kamienie. Na przekór zasadom europejskiej turystyki (nie stawaj na mokrych korzeniach!) wędrowaliśmy, stąpając wyłącznie po korzeniach, bo kamienie były jeszcze bardziej śliskie. Byliśmy mokrzy i w mokrych butach, ale rojów komarów nie pamiętam. Pojedyncze sztuki – tak.
Idący na przedzie Hiszpanie znaleźli pięknego węża, który uciekł ze ścieżki, ale zatrzymał się nieopodal, pozwalając się sfotografować. Spotkaliśmy jeszcze dwa czy trzy węże, wszystkie – podobno – z gatunku nieszkodliwych. A także wielkie legwany nadrzewne i modliszki. I mrówki rośliniarki, noszące przez drogę wycinki liści, kwiaty i martwe motyle. Mrówkę niezwykle trudno przekonać do pozowania.
Ostatnie metry trzeba się było trochę wspiąć, do Mirador de Llaima, by stanąć nad doliną, w którą spływa Salto Angel. I… nie zobaczyliśmy wodospadu!
Schował się w gęstych, białych chmurach, które stapiają się z mgłą rozpryskiwanej wody w jeden wielki obłok. Trzeba było czekać niemal godzinę, aż chmury się przerzedziły na tyle, by odsłonić szczyt Salto Angel i ścianę Auyantepui.
Choć byliśmy wciąż ponad kilometr od wodospadu, skała, na której siedzieliśmy, ociekała wilgocią z unoszącej się w powietrzu rozproszonej wody. A u naszych stóp rozciągał się łuk tęczy – Salto Angel ma stałą tęczę, którą widać zawsze, gdy tylko zaświeci słońce.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze