Wysepka towarzyska

0
naprawianie łodzi
Naprawianie łodzi | fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Na wyspę Rajuni trafiłam, próbując wrócić z miniaturowego archipelagu Taka Bonerate na Celebes – jedną z większych wysp Indonezji. Z wysepki Tinabo, gdzie mieszkałam jako jedyna turystka obok posterunku strażników rezerwatu morskiego, w porze monsunów trudno się było wydostać. Natomiast przy gęsto zaludnionej wysepce Rajuni przystawały czasem publiczne łodzie, kursujące na Celebes. Czasem – gdy monsun na chwilę odpuszczał.

Rajuni miała mniej niż 2 km długości i pół kilometra szerokości, niemal w całości zabudowana była wioską. W nierównych proporcjach żyli tam ludzie Bugis, nacja napływowa, i ludzie Bajau – pierwotni mieszkańcy archipelagu, potomkowie „Cyganów morskich”. Żyli dość harmonijnie, bo niezależnie od osobistych przekonań (ludzie Bugis uważali się za bardziej cywilizowanych, zaś potomkowie „Cyganów morskich” wiedzieli, że byli tu wcześniej i są dużo lepszymi rybakami!), potrzebowali siebie wzajemnie. W części wioski zdominowanej przez Bugisów był meczet i wszystkie sklepy, sprzedające zupki mie, ryż, pakowane ciastka i szampon w saszetkach. Z kolei po stronie Bajau znajdował się cmentarz i wszystkie studnie z prawie słodką – czyli mniej słoną, niż morze – wodą. Woda naprawdę słodka spadała na wyspę tylko w postaci deszczu – toteż, gdy zaczynało naprawdę ulewnie padać, cała wioska wylegała z domów z miednicami, garnkami, plastikowymi wiaderkami. A kobiety – zarówno Bajau, jak Bugis – korzystały z okazji do umycia włosów, radośnie wyciskając na głowy saszetki szamponu.

Udany połów | fot. Marta Tutaj

Kiedy przybyliśmy…

REKLAMA (2)

Przyjechałam na Rajuni z Jubirem, młodym strażnikiem pochodzącym z tej wyspy. Podczas przemarszu z przystani niósł on mój plecak i odpowiadał na wszystkie pozdrowienia i pytania, jakie sypały się na nas z chat na palach.
Wieść o naszym przybyciu wyprzedzała nas. Na głównym placyku wioski oczekiwała już liczna gromada, złożona z szacownie wyglądających kobiet i mężczyzn. Stojący na przedzie grupy Indonezyjczyk w czarnym fezie a la Sukarno (był to, jak się później dowiedziałam, kepala desa – „głowa wioski”, jakby sołtys) na nasz widok poprawił udrapowany na ramieniu sarong i z powagą podał mi rękę.
‑ Welcome in Rajuni City!
Zakwaterowano mnie w lokalnym posterunku strażników parku morskiego – głównie dlatego, że był to jeden z dwóch domów w wiosce posiadających… toaletę (mieszkańcy w „tradycyjny” sposób korzystali w potrzebie z brzegu morza i przypływu!). Jeszcze tego samego dnia dowódca posterunku, Bakry, wykonał i wstawił drzwi do toalety ‑ które wcześniej po prostu nie były potrzebne. Malik, starszy posterunkowy, został wydelegowany na targ przy plaży, w celu urozmaicenia menu świeżymi rybami. Harun, najmłodszy na posterunku, oddał mi swoje łóżko, normalnie służące strażnikowi dyżurującemu przy radiu.

Śpiewać każdy może

Na Rajuni miałam zostać parę dni, ale utknęłam na prawie dwa tygodnie, bo już pierwszego popołudnia na archipelag wróciła monsunowa pogoda. Wiatr skłębił morze, a niebo pokryły ciężkie chmury, które przed wieczorem zepchnęły na nas ulewny deszcz. I tak już było – po pogodnym poranku nadchodziły fale niepogody, więc łodzie nie przypływały i nie wypływały poza obszar osłoniętej rafą wody. Z powodu fal nie dało się też pływać z maską. Pozostawało lokalne życie towarzyskie.
Posterunek znajdował się w zasadzie w „kulturalnym” centrum wsi, bo w chacie obok był bar karaoke, który otwierano wieczorami na placyku pod podłogą chaty na palach. Polegało to na ustawieniu kilku wąskich ławek, zapaleniu różowej neonówki, która emitowała światło prawdziwie psychodeliczne i zdjęciu kapsla z wina „Anggur”, które za niewielką opłatą serwowano z colą. Drinki miały nawet strawny smak – trudniej było znieść dźwięki wydawane przez charczącą aparaturę i śpiewających przy niej uczestników Voice of Rajuni. Ich zapał z reguły znacznie przewyższał możliwości wokalne. Postrachem okolicy był niejaki Roni, który w ograniczonym repertuarze nagrań karaoke upodobał sobie latynoski standard Besame Mucho. Dręczył nas tym skądinąd całkiem udanym utworem, zawodząc z wielkim przejęciem i całkowitym brakiem wyczucia melodii, rytmu czy czegokolwiek.
Muzyczne rekreacje Roniego przypadały akurat w porze naszej kolacji. Namawiałam strażników, żeby sami spróbowali coś zaśpiewać i w ten sposób, choć na chwilę oddalić Roniego od mikrofonu, ale grzecznie odpowiadali, że nie byliby w stanie mu dorównać. Mieli rację.
Na szczęście wieczorne atrakcje karaoke nie trwały do późnej nocy – bar zamykano (a raczej demontowano), gdy przestawał pracować agregat, zaopatrujący tę część wioski w prąd. O tej samej porze gasły telewizory, które miało dwóch czy trzech co majętniejszych mieszkańców Rajuni. Słychać było cykady i trajkotanie nietoperzy w koronach palm. Zawsze można było jeszcze popatrzyć, jak Harun i Malik grają na werandzie posterunku w szachy przy lampie sztormowej (!).
Harun bardzo przeżywał każdą z tych partii. Gdy raz udało mu się wygrać, następnego dnia obiegł całą wioskę, opowiadając o zwycięstwie. A ponieważ był ogólnie lubiany, przyniósł z tej plotkarskiej trasy kilka świeżych mango i dwa jajka, co zapewniło mu kolejną chwilę triumfu i owacje. Na wyspie żyło stadko może kilkunastu kur. Jajka były towarem cennym i deficytowym.

REKLAMA (3)
Kobieta w kuchni | fot. Marta Tutaj

Trzy kobiety, dużo dzieci

Wkrótce po moim przybyciu Harun przyprowadził na placyk przed posterunkiem śliczną, młodą dziewczynę. Miała na imię Rosma i przyszła ze mną… poplotkować. Był to oryginalny pomysł, biorąc pod uwagę, że Rosma nie znała ani słowa po angielsku, ja zaś niemal ani słowa po indonezyjsku. Prawdą jest jednak, że do rozmowy tak naprawdę nie jest potrzebny wspólny język, ale wola porozumienia. Więc plotkowałyśmy – rysowałyśmy na piasku serca, wpisując w nie imiona.
Inną dobrą znajomą była Nuri, która miała własny dom i mieszkała w nim tylko z małym synkiem. Mówiła szkolną angielszczyzną i parzyła najlepszą herbatę na całej wyspie. Była czwartą żoną majętnego Mr Mulisa, pracującego gdzieś na platformach wiertniczych. Nuri miała niespełna dwadzieścia lat, mąż był starszy od niej o ćwierć wieku, ale dziewczyna sprawiała wrażenie całkiem zadowolonej ze swego małżeństwa. Była szczęśliwa, że mąż postawił dom na Rajuni, gdzie żyła cała jej rodzina i przyjaciółki. Mąż odwiedzał ją parę razy do roku, pomiędzy pracą a wizytami u innych żon na trzech innych wyspach Indonezji.
Pytałam Nuri, czy zna pozostałe żony Mr Mulisa. Tylko z opowiadań, odparła z uśmiechem. Gdy synek podrośnie, dodawała, chciałaby odwiedzić całą rodzinę męża, by mały poznał przyrodnie rodzeństwo.
Podczas pobytu na wyspie wikt miałam na posterunku, ale w zasadzie częściej jadałam w wiosce. Turystów ostatni raz widziano na Rajuni przed rokiem (podobno Australijczyków), od pierwszego dnia byłam więc popularna i wszędzie zapraszana – na ryż z rybą lub kurczakiem, słodką herbatę, kue czyli ciastka, albo orzechy kokosowe. Te ostatnie rozbijano na miejscu, świeżo zerwane, albo podawano w formie słodkiej „zupy” z cukrem palmowym.
Cumi-cumi, czyli kalmary, dostawałam od Arni, która była żoną rybaka, matką dziesięciorga dzieci i chyba najpiękniejszą kobietą na wyspie. Miała wspaniałą sylwetkę, delikatną jasnobrązową twarz i ruchy wręcz taneczne, gdy pochylała się, zbierając w odpływie kraby i rozgwiazdy, i wędrując plażą z ciężarem na głowie. Nie mówiła po angielsku, ale bardzo chciała się uczyć, by – gdy dwaj jej najstarsi synowie wrócą z uniwersytetu w Makassar – powitać ich po angielsku. Bywałam w jej domu często, ucząc Arni angielskich słówek, czasem lecząc drobne przypadłości jej dzieci maścią antybiotykową i tabletkami na kaszel. Dzieci Arni nigdy w życiu nie były u lekarza. Z Rajuni do najbliższego lekarza płynęło się prawie dwa dni.

Muszle

Częstym gościem na posterunku był też Oscar – nurek z Celebes, pracujący w australijskim projekcie, w ramach którego powstać miała mapa raf wokół wysepek Taka Bonerate. Na Rajuni poławiał poza tym muszle porcelanek i polował na ryby z własnoręcznie zrobionym harpunem. Oscar podarował mi porcelankę. To była jedna z dwóch muszli, jakie przywiozłam z Rajuni. Drugą zdobyłam dzięki… wróżbom.
Strażnicy parku morskiego uprzedzali mnie półżartem, że Rajuni słynie na Taka Bonerate jako „wyspa czarów”. Istotnie, zainteresowanie wszelkimi umiejętnościami magicznymi było tu ogromne. Gdy kiedyś żartem powróżyłam z ręki ładniutkiej Rosmie („Trzech cię kocha, a ty nie wiesz, którego wybrać…” – łatwizna!). Pół godziny później przed posterunkiem stała już kolejka mieszkańców wioski, pragnących poznać zapisaną na dłoni przyszłość. Zawsze była to jakaś rozrywka!
Harun, który przyprowadził z wioski Bajau drobnego, suchego starca o bardzo ciemnej skórze, starał się wytłumaczyć mi, że jest to człowiek „magiczny”. Czekający w kolejce Rajuńczycy chętnie ustąpili mu miejsca. Stary „Cygan morski” – kimkolwiek naprawdę był – także chciał wiedzieć, jaką mam dla niego wróżbę.
Oglądając jego twardą, brązową dłoń, zaimprowizowałam ostrożnie coś w rodzaju, że czeka go jeszcze długie życie i że znajdzie szczęście w morzu… Cóż, morza było na Taka Bonerate nieporównanie więcej, niż lądu.
Magiczny człowiek Bajau wydawał się zadowolony, i podarował mi długą, białą, bardzo kolczastą muszlę.
Harun był przekonany, że muszla może mieć coś wspólnego z magią. Choć więc ze względu na kształt i długie kolce nie było łatwo zapakować ją do plecaka, zabrałam ją w dalszą drogę. Na wypadek, gdyby była magiczna.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze